Pomorskie pstrągi na nimfę latem

Autor: Witek Polakowski | Dodany: 2002-08-15

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Wędkarstwem zainteresowałem się dziesięć lat temu i prawie od początku moją pasją stało się łowienie ryb łososiowatych. Wiosną szukałem pstrągów i troci z spinningiem, a latem i jesienią lipieni z muchówką. Od kilku lat łowię wyłącznie metodą muchową, a nad pomorskimi rzekami spędzam nawet dwieście dni w roku.
Początkowo dość sporadycznie łowione pstrągi na nimfę stanowiły dla mnie miłe urozmaicenie. Z biegiem czasu zbierane doświadczenia układały się w logiczną całość, a pstrągi na nimfę zacząłem łowić dość regularnie. Siłą rzeczy najwięcej ich w ten sposób łowiłem latem, gdyż pokazywanie się wiosną z nimfą jest na Pomorzu z oczywistych względów niemile widziane. Choć pstrągi łowię przez całe lato to kilka okresów darzę szczególnym upodobaniem. Jest to początek czerwca, przełom lipca i sierpnia, oraz ostatnie dni sierpnia. W tym czasie łowię najwięcej ryb.

Gdzie ich szukać? Nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Pstrągi zajmują stanowiska gwarantujące im bezpieczne schronienie i w miarę łatwy dostęp do pożywienia. Będą to kryjówki w pobliżu zatopionych konarów i korzeni drzew, większych kamieni, palików melioracyjnych, a także przy wszelkich przeszkodach w nurcie. Dobrymi miejscami są też ujścia strumyków zapewniające rybom dobrze natlenioną wodę. Pstrągi najczęściej obierają stanowiska przy brzegu, rzadziej na otwartej wodzie. W trakcie żerowania nieznacznie oddalają się od swoich kryjówek, aby łatwiej pochwycić unoszący się w strudze wody pokarm. Umiejętność odnalezienia takich miejsc w rzece stanowi już połowę sukcesu. Podczas łowienia wykorzystuję fakt, iż pstrągi zajmują te same stanowiska przez wiele lat.

Na "łowy" wyruszam bez względu na pogodę, lecz nie da się ukryć, że warunki atmosferyczne mają duży wpływ na efekt wyprawy. W słonecznej pogodzie bez chmurki na niebie, możemy liczyć na żerowanie jedynie wczesnym rankiem, lub o zmierzchu. Dobre są pochmurne dni, zwłaszcza okresy przed deszczem. Łowienie podczas deszczu nie przynosiło natomiast większych rezultatów. Kilkakrotnie trafiłem z spinningiem na bardzo dobre żerowanie podczas silnego wiatru. Operowanie w takich warunkach muchówką nie należy jednak do przyjemności.

O sukcesie często decyduje pora dnia w jakiej znajdziemy się nad rzeką. Najwięcej ryb łowię wieczorem, do regulaminowej godziny po zachodzie słońca. Ukryte w ciągu słonecznego dnia ryby, często wystraszone przez brodzących wędkarzy czy kąpiące się dzieci, stają się o zmierzchu bardziej odważne i aktywne. Jest to jednocześnie pora rójek owadów. Z racji, że jestem śpiochem rzadko bywam nad wodą o świcie, lecz jeśli już uda mi się tak wcześnie wstać to przeważnie jakiś pstrąg skusi się na moją muchę. W ciągu dnia możemy liczyć na brania pstrągów prawie wyłącznie przy pochmurnym niebie lub "trąconej" wodzie. Właśnie od przejrzystości wody także zależy wynik naszych połowów. Lekko trącona woda działa na naszą korzyść; woda "kryształ" znacznie zmniejsza szansę podejścia płochliwego "kropkowańca".

Mój sprzęt do połowu pstrągów na nimfę nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, typowa "piątka" w standartowej długości 2,75 m z dobrze dobranym kołowrotkiem i linką w tej samej klasie. Jestem zwolennikiem delikatnego łowienia, stąd niekiedy wyruszam nad wodę z wędziskiem w 3 klasie AFTM. Ale to już może i "zboczenie"...Przypon z żyłki dobrej marki jak na mnie dość grubej - 0,16 mm niekiedy 0,18 mm.

Teraz najważniejsza sprawa czyli muchy. Staram się generalnie naśladować w możliwie najwierniejszy sposób pokarm, którym pożywiają się pstrągi. W rzekach, na których najczęściej łowię (Reda, Łeba, Wda, Łupawa, Radunia) podstawowym pożywieniem są larwy chruścików, jętek oraz kiełże, stąd imitacje tych organizmów najczęściej stosuję. Nie sprawdziły mi się nimfy w jaskrawych kolorach, ani tak popularne na południu imitacje czerwonego robaka - tzw. glajchy.

Rzadko łowię na imitację widelnicy która w "mojej" Redzie występuje w śladowych ilościach.
Podstawową moją muchą stosowaną jako prowadząca, jest niewielki szaro-stalowy kiełżyk wykonany z sierści zająca i piżmaka. Efekty przynosiły mi też kiełżyki w innych stonowanych kolorach - brązowo-miodowym czy ceglasto-brązowym. Jako skoczka używam Hydropsyche w różnych odcieniach zieleni wykonanej na haczykach wielkości 10' lub 8'. Dobrą muchą jest też imitacja larwy chruścika w kremowym kolorze, czy też imitacja tego owada w wersji "domkowej". Rzadko używam "złotogłówek", gdyż te najbardziej upodobały sobie niewielkie pstrążki.

Domniemane stanowiska pstrągów obławiam dość długo. Branie pstrąga często bywa bardzo gwałtowne. Nie należy zrażać się nieudanym zacięciem; pstrąg jak jest "na braniu" potrafi kilkakrotnie atakować nimfę. Mojego największego pstrąga złapanego latem na nimfę (49 cm) wyciągałem na raty. Najpierw branie, potem sekundowy hol, wreszcie hol zakończony powodzeniem. Dla ciekawości powiem, że w miejscu jego złowienia, za tydzień wyciągnąłem ładnego czterdziestaka. Takie dobre stanowiska są szybko bowiem zajmowane przez bytującego w pobliżu najsilniejszego w hierarchii pstrąga. W czasie masowych rójek owadów, pstrągi na moment zapominają o terytorialiźmie i potrafią żerować w bliskiej odległości od siebie. Dlatego z jednego miejsca można niekiedy wyciągnąć dwie, trzy wymiarowe ryby. Choć o ostrożności pstrągów napisano już wiele, wielokrotnie łowiłem latem te ryby wchodząc im prawie "na głowę". Hol dużego pstrąga jest przeważnie pełen emocji, ale wiele razy zdarzyło mi się również, że spore ryby prawie w ogóle nie walczyły. W oszołomieniu czy też może ufne do końca w swoje siły same wpływały do podbieraka. Z drugiej strony nigdy nie zapomnę widoku wyskakującej z wody ryby i dwumetrowej "świecy".

Z ciekawostek mam jeszcze taką oto historię. Od początku sezonu dokładnie obławiałem pewne miejsce, gdzie poprzedniego roku złowiłem czterdziestaka. Raz, drugi, trzeci i nic. Zacząłem wątpić czy w tym miejscu jest jakiś pstrąg. Jednak logika podpowiadała mi, że tak. Dlatego mimo wszystko ciągle tam zaglądałem. Wreszcie pod koniec lipca udało mi się przechytrzyć ładnego kropkowańca. Nie byłoby może w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że spoglądając w swoje zapiski stwierdziłem, iż pstrąga z zeszłego sezonu miałem z tego miejsca dokładnie tego samego dnia! Wielkość też była prawie identyczna. Podobna historia przydarzyła mi się jeszcze kilkakrotnie i do dziś nie wiem czy to tylko przypadki, czy też warto wierzyć w daty.

Chodząc z nimfą po znanych sobie "miejscówkach" łowię w ciągu lata z reguły kilkanaście wymiarowych pstrągów. Większość wraca do wody, bo tam jest ich miejsce. Zawsze mam nadzieję, że z którymś z nich spotkam się ponownie za rok...
Inne materiały autora:


Frąckiewicz - speyomania


Warda - na małą rzekę


Frąckiewicz - majówkowe haute couture


Kocielski - na kardynała


Wiosenny swap