Bezkrwawe łowy

Autor: Józef Jeleński | Dodany: 2002-09-17

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Chciałoby się widzieć w rzece dzikie, grube pstrągi, trudne do złowienia na sztuczną muszkę. Takie wiekowe pstrągi byłyby potrzebne nie tylko muszkarzom: ich obecność to gwarancja wielokrotnego tarła osobników skutecznie wytrzymujących warunki środowiska i presję wędkarską. Wcześniej czy później dochodzi się do wniosku, że dla zachowania dzikich pstrągów istotne jest pozostawienie w rzece jak największej ilości dorosłych tarlaków i zapewnienie im odpowiednich miejsc do naturalnego tarła. Konsekwentnie, świadomy muszkarz wypuszcza wszystkie niewymiarowe pstrągi, nie zabiera pstrągów, których nie potrzebuje w kuchni, wypuszcza też czasem ryby znacznie większe od wymiaru ochronnego i powoli nabiera przekonania, że łowienie na sztuczną muszkę niekoniecznie musi wiązać się z zabijaniem ryb. Bowiem w odróżnieniu od innych, metoda muchowa pozwala na wypuszczanie nieuszkodzonych ryb łososiowatych, które mają duże szanse przeżycia. I w ten właśnie sposób łowiska muchowe oparte o dzikie ryby mają tendencję do ewoluowania w kierunku łowisk "no-kill".

Dla użytkownika rybackiego obecność naturalnego i dzikiego stada matecznego o znacznej liczebności to podstawa odtworzenia dzikich populacji. Zarybianie hodowlanym materiałem to historia strat powodowanych czynnikami tak wydawałoby się naturalnymi jak powodzie, susze, drapieżnictwo itp. W swym końcowym efekcie, wieloletnie zarybianie zawsze prowadzi do osłabienia potencjału naturalnych populacji. Oczywiście, o ile nie stosuje się ukierunkowanego działania dla zachowania genetycznej zmienności lokalnych odmian. Tak więc obecność dużej ilości dużych pstrągów w rzece może być wynikiem polityki "catch & release" albo "put & take". Czyli, żeby móc złowić dużego pstrąga, wędkarz musi go wcześniej wypuścić, lub użytkownik rybacki musi go tam uprzednio wpuścić.

Dlaczego użytkownik rybacki woli jednak wpuścić więcej ryb na zasadzie "put & take" lub "put, grow & take" niż zapewnić warunki do łowienia na zasadzie "catch & release"? Powody są dwa.
- Po pierwsze, łatwiej wpuścić porcjami palczaka, czy towarowego pstrąga i sprzedać go potrzebującym zabrać ryby do domu wędkarzom za cenę proporcjonalną do ceny mięsa, niż zapewnić długoletnią ochronę dzikim, wyrośniętym tarlakom.
- Po drugie, skoro nie wolno zabierać ryb, to logicznie rzecz biorąc cena dniówki powinna być mniejsza, czyniąc przychody łowiska mniejsze przy tej samej wędkarskiej frekwencji. Pewne kompromisowe rozwiązania (ograniczanie limitu, wydawanie równolegle zezwoleń C&R i na zabieranie ryb) są ukierunkowane raczej na potrzeby wędkarzy niż potrzeby ryb: ryba wypuszczona przez jednego wędkarza jest bowiem w krótkim czasie zabrana przez innego wędkarza i cel jej wypuszczenia zatraca się tym bardziej, im większa jest frekwencja wędkarska.

Jednak tak naprawdę logika i celowość wypuszczania wymiarowych pstrągów upada wobec powszechności i bezkarności kłusownictwa wszelkiego rodzaju. W naszej długości geograficznej zjawisko to bierze się z reakcji ludzi na widok ryby w rzece. W każdym przechodniu na widok dwudziestocentymetrowego pstrąga w krystalicznie czystej wodzie budzi się nienasycony myśliwy. Jednocześnie zauważa się brak publicznego potępienia kłusownictwa nawet, na zatłoczonych nadrzecznych plażach. Mamuśki podchodzą z foliową reklamówką do chłopaków kłusujących za pomocą firanki i proszą o świeżą rybkę dla dziecka... Nie ma takiej pory dnia i roku, żeby nad rzeką górską nie można było spotkać kłusowników z siecią, ością, niedozwoloną przynętą na wędce itp. Nie ma takiego zawodu, który uchroniłby przed skłonnością do kłusowania. To prawda, że najczęściej spotyka się ludzi "dożywotnio bezrobotnych", ale są też policjanci, gangsterzy, wojskowi, budowlańcy, uczniowie, studenci i urzędnicy. Faktem jest, że najczęściej kłusują miejscowi, ale spotyka się
też zorganizowane towarzystwa kłusownicze działające w promieniu kilkuset kilometrów od swego miejsca zamieszkania.

Powszechność zjawiska kłusownictwa i praktyczna niemożność skutecznego jego ścigania zastanawia i skłania do refleksji, czy przypadkiem aktualne prawo preferujące wędkarzy ponad kłusowników nie rozminęło się z oczekiwaniem społecznym i powszechnym poczuciem przywileju władania rzeczami darowanymi przez Naturę danym wszystkim ludziom bez wyjątku, na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy". Jak przekonać, że wędkarz może przyjechać z miasta nad rzekę samochodem i dla zabawy łowić i wypuszczać grube pstrągi, a miejscowy bezrobotny poruszający się na rowerze nie może złowić ostką tych pięćdziesięciu, czy stu drobniutkich rybek w kropki, po to by nakarmić nimi swe niedożywione dzieci, odsprzedać letnikom albo nawet nakarmić nimi świnki? Dawniej przecież byli i wędkarze, i kłusownicy, a ryb było że ho ho... Wracaliśmy ze szkoły, to z każdej dziury tego potoczka dało się wyciągnąć pstrąga, a teraz potok pięć razy mniejszy, dziur pod brzegami nie ma, dno "wybetonowane, a śmiecą i zanieczyszczają wodę że hej... Kiedyś tu po lasach w każdym strumyku były pstrągi, a teraz to nawet w rzece nie ma, cztery noce łowiliśmy na sieci pod tym jazem co go dziesięć lat temu postawili i ani jednego pstrąga nie złowiliśmy.

Jeśli w USA prowadzi się negocjacje z przedstawicielami plemion indiańskich i pozostawia się im prawa do tradycyjnego połowu ryb, a odmawia się prawa do zabierania ryb wędkarzom i rybakom morskim, to może powinniśmy się zastanowić, jak mogłyby wyglądać negocjacje z przedstawicielami górali w sprawie podziału praw łowieckich w lasach i rzekach? Skoro kłusownictwo jest tak trudne do udowodnienia przed sądem, ewentualne kary są niskie a wiele spraw udowodnionych i tak nie jest ukarana, gdyż szkodliwość kłusownictwa uznawana jest przez sądy za znikomą, to może poszukajmy wśród tych społecznie nieszkodliwych kłusowników swoich sprzymierzeńców. Znajdźmy w kłusownictwie podmiotowość w tym sensie, że uznamy je za istotne dla nas, wędkarzy i rozpoczniemy negocjacje ze stroną przeciwną dla minimalizacji szkód powodowanych przez nielegalny połów ryb.
Problem w tym, że strona przeciwna faktycznie nie istnieje i negocjacje prowadzić trzeba z kolejnymi kłusownikami, bez żadnej gwarancji sukcesu zarówno w przypadkach indywidualnych jak i w osiągnięciu lokalnego celu spacyfikowania kłusownictwa na określonym terenie. Co więcej, okazuje się, że przyroda próżni nie znosi i na miejsce "nawróconych" kłusowników pojawiają się nowi, miejscowi, a z braku miejscowych, przyjezdni. Mimo, że problem wydaje się nie mieć łatwego i szybkiego rozwiązania, to jednak okazuje się, że można uzyskać pewne efekty mierzone ilością naturalnego potomstwa pstrągów.
W poniższej tabeli zestawiono ilości naturalnego narybku pstrągów odławianych w nigdy nie zarybianym odcinku potoku, mieszczącym się pomiędzy wysoką na 6 metrów zaporą a ujściem do rzeki, a przepływającym w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła i sklepu monopolowego, czyli najczęściej odwiedzanych miejsc na wsi. Na odcinku tym corocznie odławia się narybek wczesną jesienią stosując go do zarybienia rzeki, następnie czyści się w potoku żwir przed okresem tarła pstrągów, ocenia ilość gniazd tarłowych, i ewentualnie inkubuje się ikrę pochodzącą ze sztucznego tarła miejscowych tarlaków.



  1  2  następna   


Polskie majówki cz. 2


Kocielski - na kardynała


Frąckiewicz - speyomania


Warda - na małą rzekę


Frąckiewicz - majówkowe haute couture