Stany na szybko...

Autor: Maciej Szost | Dodany: 2004-04-28

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Wędkarski wyjazd do Stanów to dla wielu marzenie. Dodam, w powszechnej opinii kosztowne i trudne w realizacji, czyli nierealne. Choć pokusa wielka, bo łowiska amerykańskie należą do najlepszych na świecie należy jednak odpuścić. Od razu mówię, że to błąd. Masa w takim podejściu półprawd i mitów.

Na wstępie zaznaczam już, że nie jestem zaawansowanym wędkarzem muchowym. Muchówką bawię się dopiero od 2 lat szukając w tej szczególnej pasji tego czego brakuje mi na codzień - bezstresowego relaksu. By to osiągnąć trzeba trafić nad piękną i rybną wodę. Mimo krótkiego stażu już wiem, że coraz trudniej o to w Polsce. Trzeba szukać alternatyw. Dlatego od początku muszkowania kierowałem swoją uwagę na Stany. Dlaczego? Po pierwsze ich łowiska należą do najciekawszych na świecie. Po drugie to najbogatszy kraj, a ceny są w nim najniższe. Czyli, realnie powinno na nie stać każdego. I jest to prawdą, o czym zaraz. Po trzecie przelot kosztuje mnie sporo mniej z racji wykonywanego zawodu.























Tegoroczny wypad na ryby był niejako przy okazji. Na przełomie marca i kwietnia poleciałem za Ocean odwiedzić przyjaciół. Postanowiłem jednak urwać kilka dni na wędkarski wypad. Problem miałem jeden - gdzie? Znałem tylko możliwy kierunek - na południe od wielkich jezior. Zasięg w tą i z powrotem 1500 – 2000 mil. No i miałem na wszystko tylko cztery dni.

Wybrałem Arkansas. Tutejsze łowiska nie są tak znane i cenione jak łowiska z północy czy zachodu. Jednak to tu, pośród gór Ozark rozciąga się zlewnia White River, ogromnej rzeki, która z dopływami tworzy wspaniały wędkarski teren. Jego podstawowym walorem jest zasiedlenie tutejszych rzek europejskim potokiem, który wykorzystując wyborne warunki osiąga fantastyczne przyrosty i rozmiary. Na potwierdzenie tego faktu w sklepie w Fayetteville wisi wypreparowany, rekordowy (podobno światowy) brown trout - 42 funty! Oczywiście większość ryb pochodzi z zarybień, ale prawdziwą tajemnicą fantastycznych łowisk są przecinające od czasu do czasu rzeki ogromne sztuczne jeziora, które dają rybom wymarzone warunki do szybkiego wzrostu.


























Wracając do wyprawy jednym skokiem, w pożyczonym aucie pokonuję 630 mil i ląduję w Gassville. Moim celem jest White River w Norfolk i Fayetteville. Wszystko w promieniu 150 mil. Wkoło niewysokie, poprzecinane rozległymi dolinami góry. Temperatura 14 – 16 stopni, wody około 12. Wiosna, idealne warunki.

Gassville, gdzie wynajmuję pokój w motelu to mała mieścina, jej mieszkańcy sezonowo żyją z turystyki. W okolicznych górach żyją bowiem nie tylko kapitalne pstrągi, ale również herbowe dla Ozark indyki. Jak zauważyłem strzela się tu do nich na wszystkie możliwe sposoby, włącznie z procami.

Żeby nie pogubić się na nieznanej wodzie zdecydowałem się wynająć na jeden dzień przewodnika. Ale o tym zaraz. Na razie, niecierpliwy, zaraz po przyjeździe sam ruszam nad wodę. Niestety w głównej rzece poziom jest mocno podniesiony. To potężny zrzut pośniegowej wody z zbiornika. Jak się okazuje dzienne skoki sięgają jednego metra!

Wielka White River to na tym odcinku, klasyczna tail water – czyli szeroko rozlana z kamienisto-żwirowym dnem rzeka. Niesamowite jest to, że przy normalnym stanie wody można tu w większości miejsc brodzić od brzegu do brzegu. Na głębszych odcinkach łowi się z łodzi w dryfie. To metoda również popularna z innego względu. Dużo brzegów należy do prywatnych właścicieli, którzy niekoniecznie lubią muszkarzy. Ale są i tacy którzy za korzystanie z parkingu, toalety i innych udogodnień pobierają symboliczną (3$) opłatę, którą zostawia się w specjalnie przygotowanych kopertach.

























Sezon zaczyna się pod koniec marca, ale praktykujący C&R mogą moczyć muchy cały rok. Najciekawsze w roku są okresy intensywnych wylotów owadów. Podczas mojego pobytu trwały rójki dość sporej, szarej jętki i niezmiernie licznych tu drobnych muchówek. Oczywiście próbowałem suchej. Ponieważ nie dobrałem jętek w rozmiarze 8, szybko skupiłem się na czarnych mikromuchóweczkach. Było to bez sensu, bo żyłki 0,10-0,12 nie wytrzymywały agresywnych brań i holów. A grubiej łowiąc ryby ignorowały mnie i moje muchóweczki. Za radą miejscowych przezbroiłem się na streamera. Większość wędkarzy łowi tu na krótkie sink tipy (5 stóp, 4#). Przynętą w 100 na 100 przypadkach jest czarny, chudy bugger bez jeżynki. Jak Amerykanie zacząłem ciągnąć rybę za rybą, odkrywając, że wiosną Arkansas jest królestwem streamera.

Jak wcześniej powiedziałem, żeby się nie pogubić na obcej wodzie wynająłem guide’a. John W. Wilson po za tym, że jest super uprzejmym i miłym facetem, ma również inne osiągnięcia. Przez lata należał do amerykańskiej kadry, czyli U.S. Fly Fishnig Team. Jest również zawodowym instruktorem z uprawnieniami FFF Catsing Instruction. Przyznam, że jeden dzień z kimś takim na rybach to niebywałe przeżycie – masa wiedzy i litry wypitej kawy. Jadąc nad wodę chłop bez wysiłku wciąga 2,5 litra, co oznacza że częściej jest się na poboczu niż szosie.

John jest naprawdę kimś wyjątkowym jeśli chodzi o łowienie. Nie dość że radzi, wiąże przypony, nie pozwala uwalniać zaczepów, bo robi to sam, daje muchy to jeszcze nie łowi i cały czas życzliwie się uśmiecha. Cały dzień jest tylko dla ciebie. W fantastycznym spotkaniu najciekawszą lekcją był pokaz rzutów. John niespecjalnie lubi guru Kreha, identyfikując się raczej z elegancką, „miękką” szkołą Joan Wulff. Muszę przyznać, że tego dnia jego umiejętności doskonale weryfikował bardzo mocny wiatr, którego John nie zauważał. Tak to przynajmniej wyglądało. Nowe techniki rzutów sink tipami (z dryfem), a zwłaszcza jednoręczne rzuty speyowe (John jest uznawany za mistrza w tej specjalności) powaliły mnie zupełnie. Myślę, że spotkanie to było warte każdej kasy.

Na koniec zostawiam informację o rybach. Jest tu ich masa. Niezależnie ile pompek robisz całodniowe holowanie zawsze cię zmęczy. Co najważniejsze nawet w najgorszych warunkach pogodowych zawsze połowisz. Standard to rozmiary 30 – 40 centymetrów. To są oczywiście ryby z zapuszczeń, których dokonuje się głównie na początku sezonu. Forma i wspaniały wygląd pstrągów gwarantowane! Ryby większe muszą mieć już odpowiednie warunki. Idealne są podobno latem, kiedy woda opada, a decydującą taktyką jest sucha mucha. Dość często padają wtedy okazy ponad 10 funtowe. Podczas mojego pobytu jeden z wędkarzy złowił 5 funtowca (około 2, 5 kilograma).

A teraz koszty:

Licencja na trzy dni - 12 dolarów (roczna 20$)
Ogromny obiad w knajpie 10$.
Śniadania we własnym zakresie około 2-4$.
Nocleg dla wygodnych, czyli pokój w motelu - 45 $ (dwa podwójne łóżka, czyli przy czterech osobach po 10 $ na głowę), dla mniej wygodnych masa namiotowych pól.
W końcu przewodnik. Taki topowy, jak John za 400 $ dziennie chodzi za tobą, nie łowi, gada, pokazuje do znudzenia każdy element, w końcu karmi (stawia obiad). Zdradzę, że cena jest do negocjowania i jak miło porozmawiasz możesz utargować kilkadziesiąt procent. Ja zapłaciłem mniej niż połowę powyższej sumy.
Wynajęcie samochodu około 38$ dziennie. Benzyna u nich galon u nas litr ta sama cena (galon 3,75 litra)
Żeby fundnąć sobie wypad musisz mieć jeszcze wizę i bilet (kilka miesięcy przed wylotem kupisz go o ponad połowę taniej)

Teraz to podlicz i dobrze się zastanów. Naprawdę trudno trafić coś atrakcyjniejszego i tańszego w sezonie w Europie. Mówię oczywiście o wypadach przynajmniej dziesięciodniowych, w 2-3 osoby, gdzie koszty równo się rozkładają.



Żaby bez zaklęć


Wysocki – na zimowego potoka


Chruszczewski - mokra forever


Pieślak - czarne, ale nie do końca...


Polskie majówki cz. 1