• 1
  • 2
  • 3

Nasi partnerzy

Królowa

Królowa

Dolina Popradu. Ponuro. Koło zera. Zadymka przetkana mżawką. Podczas takich łowów dobry jest kumpel, przyjaciel. Masz świadomość, że sam nie marzniesz, nie sam złorzeczysz, przegrywasz. On także urywa łowne muchy, jemu też nic nie uderzyło od paru godzin. Oboje skoncentrowani aż po zziębnięte opuszki palców orzemy nurt. Ołowiany szum rzeki. Znamy tu każdy kamień, każdy wlew i zwężenie nurtu. Woda trącona, podwyższona na tyle, że z płycizn wymiotło już ostatnie liści jesieni. Otoczaki oślizgłe od mokrego śniegu. Anemiczne słońce już prawie dotyka gór, zza grubej buro sinej pokrywy chmur. Góry toną. Toną w niebie. Jakby cały świat chciał stłamsić resztki nadziei kołatającej się w sercu ale czas dobry, najlepszy, drobnica wygoniona nadchodzącą zimą spływa do głębokich miejsc na zimowisko. Ona wie… czatuje … patrzy. Pierwsza godzina. Natłok nadziei. Przygnębienie wkrada się przy dwudziestym przerzucie linki. Desperacja przy setnym… a przy tysięcznym?'

Ludzie obserwują nas z drogi. Niektórzy zatrzymują się na chwilę. Na pewno wydajemy im się żałośni, naiwni – zastanawiam się czy nie jesteśmy jak Do Kichot. Czysty obłęd. Wiatraki. Wiatraki w nurcie, wiatraki w głębinie, wiatraki… i słabnąca z każdą chwilą nadzieja. Obolały kręgosłup. Któż to zrozumie… ale ONA tam jest! Po rzece niesie się wieść. Ktoś złowił. Sztuka 8 kilo. Czyli jeden z tysięcy rzutów był celny. Dobrze. Tylko pracy i wytrwałości. Wiary. Potrzeba wiary! Mogę obdzielić nadzieją setki notorycznych pesymistów. To wspaniałe uczucie. Nieprawdopodobne. Skąd to się bierze?

Teraz jednak rzut za rzutem. Krok w dół rzeki… rzut …krok…. Ten śnieg, podrzucany wiatrem kołuje niosąc spokój. Szum ołowianej rzeki przytłacza, wciska w objęcia szybko nadchodzącej nocy. Coraz śmielszy mróz ścina kropelki wody na sznurze, przelotkach. Sztywnieją rękawy przemoczonej kurtki. Już nie pomaga ubieranie na cebulkę. Ziąb wkrada się w każdą tkankę ciała. Czujesz senność. To jak ściganie ducha.

Wiary! Wiary i nadziei…

Ileż uporu potrzeba, aby znaleźć tę chwilę szczęścia. Już prawie noc. Rzuty już tak bardziej dla przyzwoitości. Dopełnić dzienną czarę goryczy. Obserwuję co robi kumpel. Też już nie ma ochoty. Przyjechał namówiony. Dał się jak „cygan powiesić”. Drugi dzień okrutnego testu samozaparcia. Już się poddał, lecz trwa. Chucha w dłonie. Czując mój wzrok… rzuca kolejny, tysięczny raz, w coraz bardziej tajemniczy nurt Popradu i oto … krzyczy! Krzyczy rozpaczliwie. To jakby głos grozy. Próbuję biegnąć… ale jak tu biegnąć ubrany jak niedźwiedź, objuczony jak wielbłąd. Widzę miotającą się na powierzchni Królową. Miedziane cielsko raz po raz kotłuje nurt. Muchówka wyciągnięta nad głowę jak maszt .Potwór z głębin. Skoro jeszcze nie zeszła to znaczy dobrze zapięta…  krzyczę PUŚĆ HAMULEC! Ryba jak byle tęczak prawie skacze na ogonie, młynkuje. Prawie z przerażeniem w oczach kamienieję za każdorazowym zrywem ryby… nawet nie oddycham. Kumpel puszcza hamulec. Królowa idzie głęboko, schodzi z nurtem. Przypon u kumpla dobry – 0.35. On też już spokojniejszy, ochłonął. Walka brutalna. Królowa odchodzi już bez fanaberii, młynków, ale zdecydowanie, po monarszemu, nie muruje. Gra fer w pół wody. W ciągłym ruchu. Dobrze. Kumpel dokręca hamulec. Skoki ryby coraz krótsze, przytłumione. Pewne, silne. Kij pracuje całą długością. Jeszcze nie bardzo nadaje się do wyślizgania. Za szybko. Ma dobry metr z okładem, próbuję ją zajść od ogona. Szelma to czuje, jeden młyn, drugi… rozjuszona rozbryzguje lodowatą wodę na wszystkie strony. Jednak kumplowi udaje się ją doprowadzić na płyciznę… tam słyszę pękającą żyłkę. Tak chyba pęka serce puszkarza. Moja decyzja. Rzucam się z łapskami na rybę. Już czuję opuszkami palców drżące lodowate cielsko… wymyka się jednak… poszła spokojnie… z muchą i metrem nadwyrężonego przyponu. Moja pełna kąpiel. Listopad. Koło zera. Kac. Grobowe miny. Bez słów. Cisza padającego śniegu i szum ołowianej wody… Wyżymam wodę z ubrań, wylewam wodę z woderów. Nawet nie jest mi zimno… dziwne… ale naprawdę nie jest mi zimno. Świńskim truchtem biegniemy do pensjonatu. W środku czuję gorycz i żal, rozpamiętuję każdą chwilę holu… ale po kąpieli nawet nie kichnąłem!

A kumpel?... do dziś jak ja jeździ na spotkanie, czekając  na kolejną audiencję u Królowej Podhala… może jutro?

A ONA?

To zobaczysz… ile razy pełna dostojeństwa i spokoju odprowadzi Twoją przynętę. Dla przyzwoitości. Pozoracji działania. Latami, się będziesz za nią uganiał. Oczekując. Co jest w tym wszystkim najciekawsze, to to, że gdy nastąpi nieuchronne branie będziesz miał pustkę we łbie, nogi będą jak z waty… do dziś tego nie rozumiem. Może przez pokpione szanse, obrazy paszczy przy drżącej falującej strachem imitacji brzanki, wyrzuconej niedbale nurtem na granicy cienia głębiny. Te pozostaną Ci przed oczami do końca życia.

Trudne to uczucie do Królowej, nieodwzajemnione, powleczone goryczą niespełnienia. Mówią, że najpiękniej widzieć sercem, bo najpiękniejsze jest niewidoczne dla oczu… tak to jest, to tam w nurtach Popradu jest życie pokaleczone piętnem śmierci i ostateczności ale życie które ogrzewa, jak ciepłe spojrzenie, pozwalające jeszcze uwierzyć w człowieka. To Królowa sprawi, że słońce wzejdzie w ósmym dniu tygodnia….

Kazimierz Żertka

Cieszyn

o mnie
Inne artykuły autora