Wspomnienia wędkarskie o Rudolfie Weiglu, Jarosław Drożdż
Wspomnienia wędkarskie o Rudolfie Weiglu Jarosław Drożdż
Rudolf Weigl (1883-1957) był światowej sławy biologiem, nawet wielokrotnie nominowanym do Nagrody Nobla. W książce „Zwyciężyć tyfus - Instytut Rudolfa Weigla we Lwowie. Dokumenty i wspomnienia” - pod redakcją Zbigniewa Stuchly (Wrocław 2001, Wydawnictwo SUDETY; też na stronie internetowej www.lwow.home.pl/weigl/turek.html) znajduje się kilka interesujących fragmentów o połowie pstrągów i lipieni, w tym na muszkę, mających znaczenie dla poznania dziejów wędkarstwa muchowego w Polsce. Zwracają uwagę zwłaszcza jego kontakty z firmą Hardy. Oto te fragmenty.
„Nienawidził kłamstwa, oszustwa i wszelkiego cwaniactwa. Gdy złapał kogoś na kłamstwie czy krętactwie, człowiek ten przestawał dla niego istnieć. Tylko jeden raz w życiu udało mi się go złapać na naruszeniu przepisów. Było to na wakacjach w Iłemni. Miałem wtedy może z osiem lat. Ojciec jako zapalony wędkarz dzierżawił od Lasów Państwowych rzeczkę Iłemkę. Raz, przyjechawszy na wakacje stwierdził, że sprawy dla przedłużenia dzierżawy nie zostały jeszcze załatwione, nie mógł więc łowić. Trzeba było poczekać kilka dni. Ojciec nie wytrzymał. Cichaczem, popołudniu poszedł na ryby. Wrócił wieczorem z pięknymi pstrągami i lipieniami, rozłożył je w kuchni na ławie i wszyscy podziwiali piękny połów. Wtem Matka, spojrzawszy przez okno, zauważyła nadchodzącego nadleśniczego, inż. Pichura. Ojciec szybko zebrał ryby, schował do spiżami, poczym przywitał się z nadleśniczym, z którym żył zresztą w dużej przyjaźni. I wtedy to ja wkroczyłem do akcji. ‘Wujku Pichur, tu leżały takie duże ryby’. – ‘A skąd te ryby?’ - spytał nadleśniczy. ‘Tatusik je złowił’ - odpowiedziałem. Zapadła cisza. Ojciec zaczerwienił się i coś zaczął niejasno tłumaczyć nadleśniczemu. Pan Pichur uśmiechnął się. ‘Nic nie szkodzi, Panie Profesorze,
-19-
właśnie przyniosłem Panu zezwolenie na dalszą dzierżawę’. Sprawa skończyła się szczęśliwie, przy butelce nalewki.
Gdy po latach przypomniałem Ojcu to zajście, uśmiechnął się i powiedział: „No mój drogi, w młodości nie takie rzeczy się robiło. Zresztą to i tak była moja rzeka. [...]
Powróćmy jeszcze do życia domowego. Rodzice nie urządzali nigdy wystawnych przyjęć. Ojciec nie lubił takich imprez, źle czuł się w licznym towarzystwie, zwłaszcza wśród ludzi palących, gdyż sam nie palił. Ale dom był zawsze otwarty dla przyjaciół Ojca. Przede wszystkim dla jego kolegów prof. Jana Lenartowicza - dermatologa, prof. Zdzisława Steusinga, wykładającego higienę. Częstym gościem był też prof. Franciszek Groer, sławny pediatra. Był też naszym lekarzem domowym.
Prof. Jan Lenartowicz, ‘Jasiu’, sprawiał wrażenie człowieka nieprzystępnego i mało towarzyskiego. W rzeczywistości był wesołym, dowcipnym człowiekiem, szarmanckim dla płci pięknej, o nieco staromodnej elegancji. Najlepszy przyjaciel Ojca, jego doradca w sprawach finansowych, pozostał przy nim do końca, nie opuszczając go w trudnych chwilach po wojnie.
Ale przede wszystkim był towarzyszem wypraw wędkarskich. Posiadał wspaniały sprzęt, sprowadzony z Anglii z firmy ‘Hardy’, którego mu Ojciec zawsze zazdrościł. Wraz z prof. Steusingiem byli pionierami wędkarstwa muchowego w Małopolsce, o czym niewielu ludzi dzisiaj pamięta. Później Ojciec wciągnął go również do łucznictwa. Osiągał nawet dobre rezultaty ale przede wszystkim był rasowym wędkarzem. Prof. Steusing ‘Idzich’ - wspaniały człowiek, dowcipny, niewyczerpana kopalnia anegdotek, piosenek huculskich i ukraińskich, był również świetnym wędkarzem. Palił fajkę. Posiadał wspaniałą kolekcję fajek angielskich. Był również zamiłowanym grzybiarzem, potrafił znaleźć piękne borowiki tam, gdzie w zasadzie nie powinno ich być.
Gdy przyjeżdżał do nas na wakacje do Iłemni, miejscowi chłopi nazywali go ‘hribowy czort’ (grzybowy czort). Jeździli zawsze w trójkę na ryby, na rzeki Gorganów, Huculszczyzny. [...]
Tu też Ojciec konstruował wędki, robił je z trzciny tonkinowej specjalnie sprowadzanej, zaopatrywał je sam w skuwki, przelotki, rękojeść korkową. Były niezwykle lekkie a przy tym wystarczająco mocne do holowania nawet dużych pstrągów. Porównując je dzisiaj z najnowszymi wędziskami z włókna węglowego widzę, że pod względem wagi wcale im nie ustępowały. Każdy z domowników łowiący ryby miał wędkę oznaczoną innym kolorem omotek. Ojciec zawsze czerwonym, Matka różowym, ja niebieskim. Jak rasowy mucharz naturalnie robił sam muszki pstrągowe i lipieniowe. W specjalnych przegródkach leżały pióra (nieraz egzotycznych ptaków), sierść różnych zwierząt, nici jedwabne różnych kolorów. Muszki były świetnie wykonane, odpowiednie do wód na których łowił. Raz posłał kilka swoich muszek jako model do znanej angielskiej firmy Hardy, która specjalizowała się w wyrobie much na wszystkie wody świata. Otrzymał od firmy kilkanaście muszek zrobionych fabrycznie według swego wzoru i został wciągnięty do rejestru firmy. Muszki jego pomysłu przez kilka lat figurowały w katalogach tej firmy, jako specjalnie zalecane na rzeki polskich wód górskich, pod nazwą ‘Weigl’s Glory’. [...]
Największą jednak namiętnością było wędkarstwo. Usprawiedliwieniem dla częstych i dalekich wypraw była sprawa aprowizacji. Pstrągi oprócz kurcząt były podstawowym daniem na naszym stole. Matka robiła je smażone w tartej bułce, gotowane w wodzie, marynowane ale najlepsze były wędzone w małej wędzarni zbudowanej przez Ojca. Ze swoim nieodłącznym Fiediem cały dzień łowił na odległej Świcy lub w górnych partiach
-20-
Iłemki. Gdy byłem nieco starszy Ojciec zabierał mnie na te wyprawy. Trzeba było iść ostrym marszem przez dwie górki, około 7 km do doliny Świcy. W czasie marszu, mimo nieraz dokuczliwego upału i zmęczenia, nie wolno było pić. Początkowo było mi trudno ale wkrótce przyzwyczaiłem się do tego i do dzisiejszego dnia jestem wdzięczny Ojcu, że nauczył mnie tej zasady. Nie odczuwałem pragnienia, nie pociłem się. Pić można było dopiero po powrocie do domu. Po przyjściu nad wodę Ojciec chwilę odpoczywał. Fiedio przygotowywał przynęty, moczył przypony. Ojciec stosował, jak to dzisiaj rozumiem, znaną wędkarzom angielskim zasadę O.T.A. (observe, think, act) - obserwuj - pomyśl - działaj. Odpoczywając więc patrzył na wodę, jakie owady w danej chwili nad nią latają, potrząsał liśćmi nadbrzeżnych krzaków aby zobaczyć jakie na nich siedzą, zastanawiał się, nie śpiesząc się, wybierak jedną muszkę lub zakładał martwą rybkę i zaczynał łowienie. Kunszt posługiwania się wędką muchową miał opanowany do perfekcji. Może się to wydać dziwnym i niewiarygodnym dzisiejszym wędkarzom ale nigdy bez ryb nie wracał. Brał tylko duże pstrągi. Ustanowił dla siebie wymiar ochronny pstrąga na 35 cm (obowiązywał 20 cm). Niejednokrotnie pstrąga, który bardzo dzielnie walczył, wypuszczał z powrotem do wody. Rzeki w tym czasie obfitowały w pstrągi i lipienie, ale mimo tego jego koledzy i ja nie mogliśmy się poszczycić takimi sukcesami.
Wracaliśmy o zmroku do domu, byłem nieraz tak zmęczony, że nie jedząc kolacji, kładłem się spać. Gdy wspominam te piękne wody, wspaniałe ryby nie wiem, czy dzisiaj są na świecie podobne miejsca”.