• 1
  • 2
  • 3

Dlaczego nie na muche...

aw troc02Moja przygoda z połowem troci na muchę zaczęła się pod koniec lat 80-tych. Spinningując na Słupi spotkałem Roberta Tracza, który z muchówką przemierzał rzekę w okolicach Kwakowa. Przy herbatce opowiedział mi o klubie "Pstrąg". Byłem już studentem w Gdańsku i przy najbliższej okazji wpadłem na spotkanie z Edmundem Antropikiem, który niedawno wrócił ze Stanów. Właśnie na nim zobaczyłem nowe muchy. Kompletnie inne od wzorów, które dotąd oglądałem, i które miałem w pudełku. Te dziwolągi były pstrokate, puchate i kolorowe jak kolibry. Ktoś nawet rzucił, że na takie dziwadła, tylko głupie, amerykańskie ryby mogą się nabrać. Okazało się jednak, że rybie gusta nie znają granic i że te "dziwadła" są fantastyczną przynętą na pstrągi, a przede wszystkim na trocie.

Dla mnie świeżo upieczonego muszkarza troć na muchę była szczytem wędkarskich marzeń. W wędkarskiej literaturze praktycznie nie było artykułów o połowie troci na muchę (z wyjątkiem "Wędkarstwa muchowego" J. Jeleńskiego). Wszystko to sprawiało, że połów troci wydawał mi się szczytem muszkarskiego wtajemniczenia. W końcu udało mi się zdobyć trochę pomarańczowych piór marabuta, parę łososiowych haczyków, motków chenille i 3m lead coru. Uzbrojony w NRD-wską Germinę, pływający sznur z dołączonym dopalaczem czekałem na rozpoczęcie sezonu. Po zakończeniu sesji, prosto z dworca w rodzinnym Słupsku ruszyłem nad rzekę. Po paru godzinach wygłupiania się z ciężkim sznurem, ku uciesze spinningistów miałem branie, niestety nie zakończone holem. Byłem jednak szczęśliwy -złowienie troci na muchę było możliwe. Następnego dnia od świtu obławiałem rzekę w Bydlinie. Przy kolejnym zaczepie, kiedy zacząłem się martwić o topniejące zapasy haczyków (wtedy na wagę złota) zaczep ożył i sprawił, że stałem się prawdziwym muszkarzem. Dwu kilogramowy samiec w przepięknej jak na luty kondycji popisał się paroma skokami zanim wylądował w podbieraku. Tak zaczęła się moja przygoda z trocią. Sezon zakończyłem jeszcze dwoma rybami. Na następne rozpoczęcie sezonu przyjechał do mnie Edmund Antropik. W Bydlinie, na co drugim zakręcie słychać było świst muchówek. Można było spotkać kolegów po fachu i to tych z czterometrowymi dwuręcznymi kijami (zazwyczaj z Krakowa) jak i tych z jednoręcznymi muchówkami (styl amerykański adoptowany przez Gdańszczan). Niepodzielnym królem troci był już wtedy mój serdeczny przyjaciel Edmund, po prostu Mundek.

Każdy sezon przynosił mi 3-4 kelty natomiast on miał ich naście. Wspaniałe czasy pierwszej połowy lat 90-tych. Zapał i odkrywanie nowych obszarów. Eksperymentowanie z muchami, kompletowanie specjalistycznego sprzętu, całodniowe wypady, wyjazdy na nowe rzeki i odkrywanie ich dla muchy. Nie przeszkadzało mi wtedy, że spinningiści łowią czasami więcej ryb i że są czasami większe. Brakowało mi do szczęścia letniego srebrniaka. Letnie próby połowu kończyły się zazwyczaj złowieniem pstrągów, których w Słupi w tamtych czasach było całkiem sporo. Aż przyszedł w końcu ten sierpniowy dzień. Razem z przyjaciółmi z Gdańska wybieraliśmy się do Charnowa. Niestety w nocy przyszła burza i tak zmąciła rzekę poniżej Słupska, że uznaliśmy połów za bezcelowy. Pojechaliśmy na górny odcinek rzeki do Leśnego Dworu. Właściwie to liczyłem na pstrąga. Niestety ryby nie brały, nadchodził zmierzch. Wracając wykonałem chyba ostatni rzut. Było już właściwie ciemno i ucieszyłem się, że nie zahaczyłem o jakieś zarośla. Mucha zatoczyła łuk i na małego, oszczędnego streamerka zaciąłem dużego jak mi się wydawało pstrąga. Ciemna jak smoła woda nie pozwalała ocenić ani wielkości ani gatunku ryby. Po pewnym czasie ryba zaczęła słabnąć i pojawił się problem jak zakończyć hol, stałem na wysokiej skarpie. Po chwili wahania wskoczyłem do wody nie wiedząc jaka jest jej głębokość. Na szczęście poczułem pod nogami grunt i podholowałem rybę do siebie. W poświacie zauważyłem przewalające się srebrne ciało. Nogi mi zadrżały, bo już wiedziałem- mam swojego pierwszego srebrniaczka na muchę. Gdy moje palce zacisnęły się na rybim karku i gdy gramoliłem się z nią po skarpie byłem najszczęśliwszym wędkarzem na ziemi. Rybka nie była duża, miała ok. 2 kg. Jednak to z niej cieszyłem się najbardziej. Tego dnia chociaż raz okazałem się lepszy od swojego Mistrza - Mundka. Wracaliśmy do domu z jedną rybą.

Nadszedł pamiętny dla mnie rok 96. Złowiłem 12 troci. Ilość ryb w rzece była porażająca. Duże ilości troci mobilizowały do eksperymentowania, zacząłem próby z dolną nimfą i streamerem z skoczkiem. W kwietniu złowiłem ostatniego kelta w tamtym sezonie. Po pracy wyskoczyłem na dwie godzinki do Bydlina poniżej mostu. Na mylarową rybkę wyholowałem 60cm samiczkę, która miała na ciele ślady po rybackich sieciach. Gdy podbierałem ją ręką, mucha wyskoczyła jej z pyska. Ryba dostała buziaka i w pełnym zdrowiu wróciła do rzeki. Po dwóch tygodniach znów byłem w Bydlinie. Gdy dochodziłem do tamtego miejsca zauważyłem wędkarza. Holował. Zaoferowałem pomoc i gdy brałem rybę do ręki wiedziałem, że to moja samiczka, miała takie same ślady po sieciach. Opowiedziałem mu o przygodzie i pokazałem pysk troci. Rzeczywiście miała rozerwany naskórek na górnej szczęce. Nie wzruszył się, nawet nie zdzwił. Na ch.... ty ją wypuszczałeś?! Uderzenie w kark zakończyło przedłużony o dwa tygodnie żywot ryby. Zwinąłem muchówkę i pojechałem do domu. Tak głupio na rybach chyba nigdy się nie czułem.

aw troc01Od tej przygody z trociami było coraz gorzej. Nie wiem, czy dlatego że ryb w rzekach było jakby mniej, czy zapał jakby trochę przygasł? Fakt, że czasami łowiło się jedną sztukę w sezonie, a czasami wcale. Właściwie łowienie zimowych keltów przestawało mnie bawić. Ciężki sprzęt, te wszystkie dopalacze, ciężkie duże muchy, często obmarzające przelotki i na dodatek rzadkie brania sprawiały, że po zaspokojeniu w poprzednich latach swojej ciekawości uchodziło ze mnie powietrze. Po za tym muszkarzy nad trociowymi rzekami z roku na rok było coraz mniej. Kręciło mnie jeszcze łowienie srebrniaków. Niestety efekty były bardzo mizerne. Wprawdzie co roku miałem brania, ale zazwyczaj kończyło się na parosekundowym kontakcie. Goryczy dodawało oglądanie pięknych sztuk łowionych przez spinningistów. Pewnie pozostałbym wierny muchówce, gdyby nie pewna przygoda. Zamiast na karasie wziąłem pewnego dnia córkę na trociową rzekę. Po krótkiej zabawie nad wodą zabrałem się za spinningowanie. Pech chciał, że po pół godzinie zaciąłem troć. Ryba wykonała na oczach dziecka dwadzieścia skoków, właściwie cały czas była w powietrzu. Weronika ciągnęła mnie za kurtkę jak w tej bajce o dziadku i rzepce. W końcu wtarabaniliśmy srebrniaka na brzeg. Córka przyjęła tą przygodę spokojnie - w końcu tatuś obiecał jej, że złowimy "łososia". A ja zrozumiałem jak niesamowitą przewagę mają spinningiści nad muszkarzami - w tym miejscu i o tej porze nigdy na muchę nie poderwałbym tej ryby do ataku. I wróciłem do spinningowania. Ba, szybko utwierdziłem się że przekonaniu, że miałem rację. Tego lata złowiłem jeszcze siedem dorodnych, srebrnych ryb.

Brak sukcesów, zwłaszcza stosunkowo duża ilość niewykorzystanych brań na muchę nie była jak sądzę spowodowana jakimiś błędami technicznymi, lecz warunkami terenowymi pomorskich rzek. Lżejszy sprzęt muchowy, brak możliwości brodzenia zmuszał do wciskania się z muchówką między krzaki i połowu z brzegu. Doświadczeni muszkarze wiedzą czym to śmierdzi - linka tworzy z wędziskiem kąt prosty, co znacznie utrudnia zacięcie ryby. Srebrniaki, poza parodniowym okresem przyboru zajmują, często trudno dostępne stanowiska. Są to wszelakie jamy, wykroty i przewężenia, zazwyczaj zarośnięte łozinami. Dostanie się tam z muchą jest często niemożliwe. Według mnie, np. w takim Włynkowie muszkarz ma do dyspozycji 70% mniej rzeki niż spinningista. Jedynie w trakcie przyboru te szanse się wyrównują. Ryby przemieszczają się w górę rzeki i można się z nimi spotkać również na bardziej odkrytych odcinkach. Jest jednak jeden warunek - trzeba być nad rzeką. Najlepiej drugiego, trzeciego dnia po podniesieniu wody. Oczywiście takich dni nie ma wiele, a obowiązki zawodowe i rodzinne jeszcze tę ilość zmniejszają.

Czy wobec tego są jakieś perspektywy dla rozwoju trociowego muszkarstwa w Polsce? Chyba tak. Rzemiosło połowu keltów zostało już opanowane przez całkiem spore grono kolegów. Zdecydowanie gorzej jest z skutecznością łowienia srebrniaków. Wiosennego stosunkowo łatwo skusić, choć w rzece jest ich z reguły mało. Natomiast z lipcowo-wrześniowymi rybami sytuacja jest dokładnie odwrotna, jest ich więcej i niestety znacznie gorzej reagują na muchę.

Wydaje się, że latem muszkarz powinien szukać jak najbardziej odkrytych i płytkich odcinków. Dla przykładu takimi rzekami są Rega w dolnym biegu, czy Łeba poniżej Lęborka. Właśnie na Łebie muszkarze z Klubu "Dolina Rzeki Łeby" parają się muszkarstwem trociowym, a koledzy Zenek Fludra i Andrzej Adamiak co roku mogą się poszczycić pięknymi srebrniakami. Łeba płynie odkrytą doliną i jest rzeką w miarę płytką co wydatnie pomaga w prawidłowej prezentacji muchy. Druga rada to ciężka praca nad wodą. Troć wymaga poświęceń i gdy jest dobry dzień (np. pochmurno i podwyższony stan wody) to pracujmy wędką póki pozwala na to regulamin i starcza nam much. 

o mnie
Pochodzi ze Słupska, gdzie obecnie mieszka. Z zawodu architekt. Żonaty, córka Weronika. Na muchę wędkuje od 14 lat. Założyciel i od 6 lat prezes Słupskiego Klubu Muchowego "Trzy Rzeki". Sześciokrotny reprezentant Okręgu Słupskiego na Muchowych Mistrzostwach Polski. Ulubione zwierzę to oczywiście pstrąg potokowy. Kiedy opowiada o nim lubi popijać piwo Lech.
Inne artykuły autora

Tags: techniki łowienia

Nasi partnerzy