Połów lipieni w okolicy Bajkału pół wieku temu
Połów lipieni w okolicy Bajkału pół wieku temu
Na łamach pisma Rybovodstvo i rybolovsto w 1958 r. (nr 4, s. 48-50) ukazał się artykuł A. Pisareva, p.t. So spinningom po Bajkalu, w którym są godne odnotowania informacje o połowie lipieni. Z uwagi na rosnące zainteresowanie polskich wędkarzy wyjazdami w
-22-
dalekie i „egzotyczne” regiony świata, poniżej podaję przekład artykułu na język polski, wraz z komentarzem.
Tekst
Latem 1957 r. udało mi się przebywać nad Bajkałem. Na początku lipca nasza nieduża grupa przybyła do Irkucka. Oprócz aparatu i plecaka, oczywiście zabrałem ze sobą moje przyrządy – spinning.
Do miasta przyjechaliśmy późną nocą. Padał deszcz. Ulice były bezludne. Autobusem dojechaliśmy do hotelu i zmęczeni położyliśmy się spać.
Rano, wziąwszy spinning i torbę z błystkami, udałem się nad Angarę. I oto przede mną rzeka, o urodzie której napisano wiele wierszy, pieśni, legend. Gdy przyszedłem nad brzeg pochyliłem się nad wodą – na dnie mogłem dobrze zobaczyć każdy kamyczek.
Zrobiłem parę rzutów, ale nic nie złowiłem. Bystry nurt znosił błystkę w dół i ona szybko wracała z niczym. Tak popadły w niełaskę na Angarze moje błystki typu ‘Bajkał”, które sam zrobiłem, przeznaczone na spokojne wody w pobliżu Moskwy.
Siedzący na brzegu chłopczyk długo przyglądał mi się, a w końcu nie wytrzymał - „dziadku – on doradził – trzeba łowić poniżej zapory”. Więc złożyłem spinning i autobusem pojechałem na przystanek „Kuzmiha”, gdzie znajdowała się zapora na Angarze.
Przede mną rozpościerała się panorama szerokiej konstrukcji – ogromna zapora przegradzała nurt bystrej rzeki. Przez okna w zaporze z szumem i bryzgiem wypływała zielono-blada woda Angary.
Poniżej zapory rozłożyło się wielu wędkarzy-amatorów. Gdy zszedłem na dół zobaczyłem, że wszyscy oni łowią. Każdy z nich miał własnoręcznie wykonane wędzisko z jedną przelotką na końcu. Do wędziska było przymocowany kołowrotek z linką. Średnica kołowrotka wynosiła około 20 cm. Kołowrotek był przymocowany do dolnej części rękojeści, a nie górnej, jak to zazwyczaj czynią spinningiści. Na końcu linki był haczyk średniej wielkości, kilka małych kulek ołowiu i raczej większy spławik. Łowili głównie lipienie na robaki i sztuczne muszki.
Przy zaporze znowu doznałem porażki. Jeden z miejscowych wędkarzy, spokojny i flegmatyczny Sybirak, wyjaśnił mi, że lipiec nie jest właściwym miesiącem połowu na błystkę.
No, ale na koniec przyszedł czas i dla tej metody łowienia. Motorówką ‘Golub’ zrobiliśmy trasę od Irkucka do portu Bajkał. Angara poraziła mnie, jako przywykłego do niezbyt przejrzystych rzek podmoskiewskich. Gdy spojrzysz z motorówki na wodę, to widać dno z najmniejszymi drobiazgami i wydaje się, że motorówka płynie w powietrzu – tak ona czysta i przeźroczysta.
Jak cudowne i śliczne są te miejsca! Góry, lasy, Angara podbiła serce każdego miłośnika przyrody i turysty. Oto gdzie jest wolność biwakowania, ogniska, łowienia ryb i polowania!
Tam, gdzie Angara wypływa z Bajkału, widać duży kamień wystający z wody. Jest to kamień szamański. Legenda głosi, że ten kamień został wrzucony przez starca Bajkała po swojej niepokornej córce Angarze, która uciekła do jej kochanka Jeniseja. […]
Któregoś dnia udaliśmy się na piechotę w tajgę, z zamiarem pobytu nad jedną z rzek wpadających do Bajkału. W połowie dnia doszliśmy do ujścia. Ta rzeka trochę przypominała naszą podmoskiewską Protwę.
-23-
Tutaj zdecydowaliśmy się zatrzymać. Rozpaliliśmy ognisko. Poprosiłem naszego kucharza, by przygotował obiad, a sam w tym czasie zabrałem spinning i poszedłem nad rzekę. Na samym ujściu było raczej płytko. Dlatego musiałem udać się w górę cieku. Przez ponad 300 metrów, po pokonaniu zwalonych drzew, wyszedłem na brzeg, gdzie było wystarczająco miejsca na zarzucenie błystki. Przy samym brzeg był dół, a powyżej niego bystrzyna.
Było słonecznie. Pochyliwszy się spojrzałem niżej I … nie uwierzyłem oczom: na samym dnie spokojnego odcinka były ciemne sylwetki dużych ryb. Ogarnęło mnie podniecenie, zrozumiałe dla myśliwego, który widzi przed sobą duże zwierzę. ‘Na pewno nie będą brały – pomyślałem – i dzień słoneczny, i błystki zbyt jasne, w woda zbyt czysta’.
Zrobił zamach i posłałem błystkę do przodu, a ona, robiąc łuk, wpadła do wody powyżej bystrzyny, około 30 metrów ode mnie. Pozwoliłem błystce opaść na dno, a potem zacząłem nawijać żyłkę.
Nagle z dna rzeki ruszył się ciemny cień. Ryba! Przyciąłem i … jest! Siedzi! Prowadzę rybę do brzegu, jednocześnie wypatrując, gdzie mógłbym ją wyciągnąć. Moja zdobycz uparcie opierała się, rzucając się z boku na bok. Podprowadziłem rybę pod brzeg, szybko wyciągając ją na trawę. Było to lenok o masie około dwóch kilogramów. Przyglądając się sybirskim drapieżnikom rzecznym pomyślałem sobie: ‘nie jest to zwykła zdobycz’.
Znów się zamachnąłem i zrobiłem drugi rzut. Ponownie cień ruszył z dna i ponownie ryba. Tym razem z lenokiem na trawie pojawił się piękny lipień, o masie około półtora kilograma. Był to czarny lipień rzeczny. Jego ciało mieniło się czerwonymi i jasnymi kropkami, a cała płetwa grzbietowa była pokryta ciemnymi plamkami.
Zabrałem zdobycz i odniosłem ją do naszego obozu, przekazując ją kucharzowi. Mój sukces spotkał się z owacją i upieczeniem w folii. W ten sposób nasz obozowy obiad składał się ze wspaniałej ryby.
Innym razem na stosunkowo niedużej rzece, wpadającej do Bajkału, zrobiłem osiem rzutów błystką i złowiłem cztery ryby – dwa lenki po 2 i 3 kilograma, oraz dwa lipienie, każdy po 700 gram. Ostrożnie uwolniłem je z kotwiczki i wypuściłem powrotem do wody. Niech rosną. Ja znowu przyjadę po nie nad Bajkał! Niezły połów, można powiedzieć!
Szybko płynął czas na wakacjach, łowieniu ryb i fotografowaniu prześlicznych gatunków. No, ale czas powrócić do domu. Z żalem opuszczałem te dzikie i słabo poznane miejsca. Do końca życia nie zapomnę łowienia na Bajkale, Sybiraków, zamkniętych w sobie i milczących, kochających swój kraj.
Komentarz
W latach 50. XX w. połów ryb na wędkę w Rosji, choć cieszący się sporą popularnością, wcale nie był łatwą rozrywką. Odpowiednia ilość środków finansowych wcale nie była wystarczającym argumentem na rzecz udania się z Moskwy do Irkucka. Z uwagi na liczne ograniczenia w podróży po kraju należało mieć przede wszystkim dobry powód podróży, znacznie lepszy niż polowanie lub połów ryb. Policja i urzędnicy aparatu komunistycznego bacznie zwracali uwagę na to, by nikt za bardzo nie mógł nadużywać wolności, a zwłaszcza uprawiać swoje hobby. Z tego względu, relację Pisareva należy postrzegać przez pryzmat unikalnej podróży służbowej, którą był w stanie połączyć z wędkowaniem.
W jego relacji zwraca uwagę stosowanie dużych błystek wahadłowych do połowu lipieni. Zazwyczaj w Europie ta przynęta kojarzy się nam z połowem monstrualnych szczupaków. Jednakże, z uwagi na brak presji wędkarskiej, dużą ilość ryb i ich daleko posunięte
-24-
drapieżnictwo, częściowo wynikające z silnej konkurencji o pokarm, jest zrozumiałe, że taka przynęta mogła być skuteczna także na syberyjskie lipienie. Zresztą, w Rosji wszystkie było i nadal jest wielkie!
Interesująca jest wzmianka o stosowaniu sztucznych muszek przez miejscowych wędkarzy. Niestety, autor nie rozwinął tego wątku. Szkoda! Wiemy tylko, że używano muszki ze spławikiem i ołowiem, co nadal dzisiaj bywa praktykowane w niektórych częściach Polski. Włoska camoliera (u nas zwana „pałeczką tyrolską”), w której jednak nie ma spławika, jest zbliżona do tej metody.
Parę słów jeszcze o metodzie rzucania. Dawniej podstawową rolą dużych rosyjskich kołowrotków bębnowych (z ruchomą szpulą), które do dzisiaj można jeszcze u nas czasem kupić na bazarach ze starociami, było gromadzenie linki, a nie ułatwianie rzutu. W celu wykonania rzutu należało wybrać linkę, ułożyć ją na ziemi, a następnie zrobić zamach i posłać przynętę w wybranym kierunku (niektóre kołowrotki można było obrócić i dokonać rzutu jak z kołowrotka ze stałą szpulą, ale to już była zaawansowana technologia). W Polsce tylko raz miałem okazję podejrzeć ten zanikający sposób łowienia ryb. Było to w 1980 r. nad dolną Piławą (blisko wsi Dobrzyca), a wędkarz łowił pstrągi.