Moja rzeka, Wędkarz
Moja rzeka, Wędkarz
Epizod pierwszy: 21 września 199... r.
Jest około godziny jedenastej. Zaraz kończę łowienie i wracam na śniadanie. Po pochmurnym poranku właśnie chwilami świeci słońce. Obławiam najgłębsze (ok. 3 m) miejsce na długiej ponad dwustumetrowej rynnie. Woda w tym miejscu płynie bardzo szybko, dno jest twarde z grubym żwirem i niewielkimi otoczakami. W poprzek leży spory dąb, częściowo zasypany, który został zabrany z brzegu przez wiosenny przybór na początku lat 90. Złowiłem w tym miejscu sporo okazałych ryb, ale w tym roku „zacięło się”. Nic, a właściwie prawie nic, bo żadnej porządnej ryby. Nienormalne, wręcz zastanawiające. Tym pilniej pracuję. Gdzieś za dwudziestą próbą nareszcie udaje mi się prawidłowo „wjechać” w
-19-
niszę pod dębem dość ciężką obrotówką miedzianą. Coś puknęło? A może udało mi się nie udekorować dębu kolejnym cackiem? Droppen ma sporą kotwicę i zbyt szybko tonie, nawet na plecionce. Więc zmieniam szpulę na tę z żyłką 0.22 i zakładam Meppsa-longa dwójkę, również miedzianego z odginającą się kotwicą, ale z przeciążonym korpusem mojej modyfikacji. Może to uratuje dąb przed kolejną ozdobą?
Wycofuję się w górę około 10 m, w miejsce, w którym mogę ustawić się prostopadle do „niszy” pod dębem. Powoli wypuszczam przynętę z prądem, co kilka metrów podnosząc i zatrzymując ją w prądzie. Dzielące mnie około 50 m od dębu pokonuję chyba za dziesiątym zatrzymaniem. No i zatrzymuje się! Ale jakoś zbyt energicznie, jak na zaczep. Zacinam - mocno i energicznie! Zarabiam w ten sposób około 5-6 metrów. Pozwala to minąć krótki konar dębu wystający w lewo. „Coś” wyjeżdża na duży piaszczysty blat, zakończony wysepką z kilkoma krzakami wikliny. Z lewy strony wysepki jest przykosa rozpoczynająca przekładkę głównego nurtu ku mojemu brzegowi. Jeśli nie wróci do dębu to mam szansę.
Wykorzystuję silny prąd na płytszej nieco wodzie i pozwalam rybie swobodnie spływać. Robię jednocześnie spory harmider i biegiem pokonuję około 30 metrów. Hałas robi swoje i to „coś” woli odejść za przykosę, niż wracać w kierunku dębu oraz przeraźliwie hałasującego i chlapiącego 120-to kilowego „potwora”, czyli mnie. Tyle udało mi się przez zaskoczenie, bowiem na razie nie oddałem dziesięciu metrów żyłki. Zbliżam się na wysokość dębu, a ryba jest już daleko, około 70 m przy stromej burcie wyspy. Ale ten głęboczek jest krótki i to mnie ratuje. Próbuję wracać. Odzyskuję około 30 m żyłki, ale dostrzegam problem. Jeśli uda się jej wrócić pod dąb i skrócić żyłkę, to jestem bez szans. Robię więc jeszcze większy harmider – tupię, chlapię, kopię wodę, ale nie nadążam zwijać. Nie widzę jej. Czuję, że zaczynam przegrywać. Tracę z nią kontakt i nie kontroluję jej poczynań. W końcu hałas robi jednak swoje i ryba zawraca do głęboczka koło wyspy. Znów czuję ją na kiju. Pierwsza runda za nami. Jednakże swoboda, z jaką ona wygina moje raczej nieustępliwe wędzisko, źle wróży. Zapewne pokaźne rozmiary mojego przeciwnika, jeśli zmieni taktykę lub trasę, rozstrzygną na moją niekorzyść. Na moje szczęście głęboczek jest ograniczony z drugiej strony piaszczystym wypłyceniem. Dosłownie jest tam kilkanaście centymetrów wody.
Później jest już prawie rutynowo. Sytuacja się powtarza co najmniej kilkanaście razy. Odjazd, powrót, harmider, chlupot, znów odjazd, itd. Moje szanse wzrastają, ale siły topnieją. To trwa, jak się później okazało, prawie godzinę. Mam już dość! Ona też, bo właśnie ją zobaczyłem.
Za kolejnym powrotem udaje mi się skierować ją w dość płytką przybrzeżną rynnę obok piaskowej ławicy, na której „walczę”. Jest tam niewielka zatoczka przypominająca matnię. Wąskie i płytkie wejście nie zachęca do powrotu. Zaczyna się wykładać. Brzuchem utkwiła na żwirze. Podchodzę i „przymierzam” do wędziska. Zmierzę ją później.
Przy kolejnym powolnym ruchu z rozerwanej górnej wargi wypada jej kotwica błystki. To dobrze – nie muszę dotykać ryby. Ułatwi mi to jej uwolnienie. Zauważam natomiast charakterystycznie zdeformowaną płetwę ogonową. Musiała mieć kiedyś złamany pierwszy promień tej płetwy.
Siadam na piachu wypłycenia trzy metry od ryby. Odpoczywam. Ona też. Po trzech, może czterech, minutach robi pierwszą rundę w tym dołku o średnicy około 5 m, ale nie znajduje wyjścia. Muszę jej pomóc. Wstaję i otrzymuję „prysznic”. Potężny ogon i strach robią swoje. Ryby przebija się przez wąskie i płytkie wejście. Wypływa. Widzę ją jeszcze
-20-
kilka sekund. Odzyskuje siły, a ja „mięknę” zupełnie. Adrenalina skończyła się. To było to! Czas wracać. Znacznie wolniej, niż zwykle, pokonuję 600 m dzielące mnie od śniadania.
Jeszcze przed jedzeniem „mierzę” kij. Wychodzi około 82 cm. To moja największa brzana. Śniadanie zaczynam równo z Panoramą o godz. 13.00 i burą od żony – „Gdzieś ty był tyle czasu? A ryby? Jak zwykle w wodzie! Zwariował stary chłop!”. Mógłbym tak wariować co dzień.
Epizod drugi: 13 sierpnia 200... r.
Godzina 4.05 to naprawdę rano, jak dla faceta, który jest nad wodą przynajmniej 150 dni w roku. Zastanawiam się gdzie dziś i jak podejść do łowienia. Mam ochotę zerwać na trochę ze spinningiem, ale na wszelki wypadek biorę kij, który pozwoli mi na kilka wariantów przepływanki, gruntówki i oczywiście spinningu, gdybym nie wytrzymał odmiany. Trzyczęściowy 12’ Lamiglas IM 700, zmonotowany z blanka łososiowej muchówki AFTM 9-11, to świetna odległościówka, zadziorna gruntówka i kapitalny spinning o szybkiej akcji i niezwykłej pracy. Nawet pięciokilogramowe szczupaki prawie „zdychają” po kilku minutach, niemal bez mojego udziału. Zachowuje się najlepiej z przynętami 10-25 gr. A więc będą klenie. Może też jazie.
Idę w łąki na wysoki brzeg, na wprost płytkiego ujścia kanału, który wykopali Rosjanie w czasie powstania w 1864 r., aby spuścić wodę z bagien w Puszczy ... i zlikwidować obóz powstańców. Z mojego brzegu do szerokiego ujścia jest około 80 m. Zwykle gromadzą się tam różne ryby, najczęściej opasłe kleniska. Ale woda powinna być wysoka. Jest taka. Normalnie ujście kanału tworzy mini kaskadę i jest kilkanaście centymetrów wyżej od poziomu rzeki. Dzisiaj jest równo, w sam raz. Nie za wysoko, bez cofki. Szerokie na około 30 m i płytkie, najwyżej 20 cm wody, o prawie białym piasku i zupełnie przeźroczystej wodzie, na oko niezbyt interesujące.
Przez lornetkę widzę stadka drobnicy uwijające się na krawędzi nad ciemnym uskokiem – już rzeką. Jest pochmurno, ale przeciera się i na pewno będzie dobrze. Aby wejść do rzeki i zbliżyć się na odległość operacyjną do tego niepozornego El Dorado zakładam neopreny i 150 m wyżej schodzę przez niewielkie znajome błotko sięgające do pasa (stanowczo za blisko nosa!). Wkraczam na piaszczysty jęzor łachy. Ma ona twarde żwirowe podłoże i nawet jeśli woda sięga do .... liter, da się ustać i bezpiecznie łowić. Udało mi się dobrnąć na około 40 m od prawej strony ujścia i prawie na jego wysokości. Trochę jeszcze daleko. Ograniczy to moje możliwości, ale bezpieczeństwo najważniejsze, więc nie włażę dalej.
Po kilku chwilach bezruchu i myślenia, jak dobrać się do łowiska, wpadam na niezły pomysł. Będzie to boczny trok w wersji gruntowej, czyli klasyczny (prawie) paternoster, ale jednak spinning, bo z miniaturowym kopytkiem na lekkiej główce. Do cherlawego jazgarza z tymi nazwami! Ale to jedyna możliwość efektywnego łowienia w tych warunkach. Na końcu plecionki 0.17 montuję na karabińczyku i dziesięciocentymetrowym przyponie z żyłki 0.15, tzw. bombkę Arsley’a o masie ½ uncji. Dwa metry wyżej wiążę trok boczny, też z plecionki 0.17, ale fluo o długości około 60 cm z sześciogramową okrągłą główką uzbrojoną kopytkiem 5 cm w „kiełbiowym” kolorze. Ten „dżig” będzie robił za muchę-skoczka, tyle że chwilami stacjonarnego.
Rzucam pierwszy raz. Trochę za daleko. Bombka ląduje około 10 m od krawędzi. Ściągam na dwa tempa. Ale dwa metry od miejsca, gdzie powinienem zacząć łowienie, jest przytrzymanie. Lekko zacinam. Sprawca tego incydentu – okonek 20 cm – zaczyna chlapać się blisko krawędzi. Szybko holuję go przez płynącą żwawo rzekę. Jednocześnie zauważam
-21-
idącą wzdłuż krawędzi falkę. Dziwne, ta falka idzie pod prąd! To przecież ryba. Chlapanie okonka sprowokowało ją do ruchu. Na pewno to nie kleń. One atakują w tym miejscu raczej od spodu. Poza tym, tutejsze „brzuchacze” są śpiochami. Za wcześnie na nie, bo dochodzi dopiero piąta. To zapewne boleń. Ale nie, on by zdążył obejrzeć mojego okonka z bliska. A więc co?
Rzucam drugi raz. Tym razem celniej – dwa metry od krawędzi i prawie na środku ujścia. Zakręcam dwa razy korbką – powinno wystarczyć. Unoszę wędzisko, najwyżej jak mogę. Widzę skoczka, jest kilka centymetrów nad wodą i pół metra od uskoku. Plecionka tworzy łagodny łuk. Teraz trzeba trochę nim „poskakać”. Gdy opuszczam go do wody w momencie największego wychylenia w moim kierunku, pokonuje w wodzie trasę około jednego metra, wyraźnie smużąc wodę i dojeżdża do krawędzi. Może wystarczy, aby zainteresować coś poważniejszego.
Nagle czuję, że coś dotyka mojej prawej nogi i napiera coraz mocniej! Drętwieję i wpadam w panikę! Żeby tylko nie drzewo, bo by mnie zabrało, a przede mną ponad 100 m głębokiej i szybkiej rzeki. Odwracam się. Co za ulga! To tylko długie i grube przęsło z łąkowego ogrodzenia, co prawda z kawałkami drutu kolczastego, ale drut gładko ześlizguje się z neoprenów. W tym momencie uświadamiam sobie, że wędzisko robi się bardzo ciężkie i zaczyna drgać. Odruchowo zacinam! Jak w drzewo. Bez reakcji. Nadal spływa. Bombka Arsley’a zaczepiła się gdzieś, ale bez mojego udziału urywa się. W tym momencie dostrzegam, że zestaw przesuwa się gwałtownie w lewo i trochę pod prąd. To na pewno nie drzewo! To ryba!
Próbuję odzyskać trochę plecionki, bo widoczny jest już tylko podkład z żyłki. Mam ponad 90 m plecionki w wodzie. Jedyny ratunek w morderczych zaletach mojego wędziska. Pięciokilowy szczupak dawno miałby już dosyć, a ja po kwadransie nawinąłem na szpulę zaledwie kilka metrów plecionki. Potwór „chodzi” prawie od brzegu do brzegu. Na szczęście już potrafię zahamować spływanie z prądem. Nadal zachowuje się jak wahadło ściennego zegara. Teraz zdaję sobie sprawę, że to właśnie ratuje całą sprawę. Powoli odzyskuję linkę. Każde wahnięcie to 3-5 m plecionki więcej na szpuli. Po kolejnym kwadransie jest już 20 m ode mnie. Już wiem, że to nie sum. Gdy zbliża się do mnie na 5-7 m dostrzegam „łupnięcie” bokiem. To brzana! Ona jest za duża. O braniu ręką nie ma mowy. Ona też mnie zobaczyła i odchodzi około 25 m i wykłada się. Wyraźnie ma dosyć. Ściągam ją energiczniej. Nim odzyska siły próbuję przymierzyć do kija. Szczypcami łapię za hak główki. Puszcza natychmiast, bo jest prawie odgięty. Zdążyłem jedynie dostrzec, że to była ONA. Miała taką samą ułamaną płetwę. I tyle ją widziałem.
Ledwo wychodzę z rzeki. Na brzegu odpoczywam kilkanaście minut. Zdejmuję neopreny i wlokę się do domu. Żona jeszcze śpi. Jest 6.45. Chyba się nie przyznam, że byłem ... W stawie po drodze myję neopreny. Siadam w altanie, aby odsapnąć. Budzę się głodny godzinę później.
Epizod trzeci: lato 200... r.
Tym razem żona zamówiła „białe” ryby. Mają być „po mazursku”. A więc warstwa ryb, warstwa plastrów cebuli, 24 godziny w lodówce i smażenie w cieście naleśnikowym, z odrobiną wody mineralnej. Ja wolę cebulkę, ale nasi przyjaciele przyjeżdżający w niedzielę „pracocholicy”, lubią i rybę i cebulę. A więc do dzieła.
13’ odległościówka, 0.18 fluo, dysk Gutkiewicza. Ląduję powyżej plaży i kąpieliska, na konarze zatopionej topoli. 30 m prostopadle od leżących w wodzie dwóch dębów, wzdłuż
-22-
których długą na 40 m wyłożoną kamieniami rynną, mniej więcej w połowie rzeki, spływa wszystko to, co mocny nurt potrafi wymyć z okolicznych łąk, opasek i umocnień na długim i ostrym zakolu. Mam ze sobą świetnie przygotowany pęczak i tajną broń, czyli kilkadziesiąt koników polnych, przede wszystkim brązowych, bo takie preferują okoliczne ryby.
Jest ciepło. Na tarasie było, jak wychodziłem 25ºC. Nic dziwnego. Jest lipcowy piątek i kilka minut przed jedenastą. Wczoraj mocno padało i to dobrze wróży. Znacznie gorzej dla koników polnych, bo pewnie wczoraj się biedaczki potopiły. Na tle grubej topoli, gdzie siedzę niby na podeście, w szarej flanelowej koszuli i podobnych spodniach od dresu, na pewno trudno mnie zauważyć. I tak ma być.
Wszystko idzie zgodnie z zamówieniem. Kilka ładnych płoci, spore krąpie, nawet przyzwoity jaź i chyba dwa wymiarowe klenie. Dochodzi dwunasta. Jeszcze trochę i będę mógł się wykąpać, albo zająć poważniejszymi rybami. Ale to kanikuła, więc na pewno wybiorę kąpiel. Na zakończenie, powiedzmy, że 10 ostatnich przepuszczeń zrobię na większym haczyku i z trzema, nie – lepiej z czterema konikami. No i podkusiło mnie.
Za trzecim razem na samym początku rynny łapię zaczep. Pewnie źle wymierzyłem tym eksperymentalnym daniem z kilku owadów i uwiązłem pod dużym kamieniem. Trzeba rwać! Ze zdziwieniem jednak widzę, że opór nie maleje, a zaczep przemieszcza się wzdłuż rynny. Czyżbym ruszył kawał drzewa? No, ale drzewa nie wracają pod prąd! To ryba, potężna ryba, a ja z osiemnastką porywam się z motyką na słońce. To dobrze, że brzany nie lubią patyków i krzaków, że kochają twarde dno, kamienie i bystry nurt.
Biedna – na moje szczęście – nie potrafiła zmienić przyzwyczajeń i taktyki walki. Po każdym kolejnym powrocie pod głaz na początku rynny następne ruszenie jej ze stanowiska kończyło się coraz dłuższym spłynięciem i siłą rzeczy – dłuższym, wymagającym więcej sił powrotem na pierwotną pozycję. Byłem coraz bliżej wygranej. Jedynie jakiś dziwny przypadek mógł odwrócić bieg losu.
Z emocji nie pamiętam ile tych powrotów było. W każdym razie, przywołał mnie do rzeczywistości klakson samochodu za wałem. Zapewne dzieciaki sąsiadów bawiły się w kierowców. Zeskoczyłem z topoli. Woda trochę przywróciła mi siły. Postanowiłem kończyć. Niewiele brakowało, aby był to rzeczywisty koniec. Byłby, tyle że nie po mojej myśli. W momencie, gdy ryba spłynęła na siłę spróbowałem skierować ją na płytszą wodę i w konsekwencji wmanewrować w piaszczyste, rozmyte fragmenty przykosy, czyli po prostu na plażę i tam wziąć ją wyślizgiem. Wszystko szło dobrze, dopóki nie dotknęła piasku. Wtedy ruszyła z powrotem do swojego kamienia, tyle, że teraz na jej drodze leżała zatopiona topola. Opłynęła ją z drugiej strony i żyłka utworzyła kąt rozwarty między kamieniem i brzaną, a mną. Wierzchołkiem trójkąta została topola. W wodzie powyżej pasa zacząłem obiegać topolę. Udało się. Żyłka nie zaczepiła się o nią, ale brzana jeszcze raz dotarła do swego matecznika. Powtórzyłem manewr, ale tym razem stałem tuż przy topoli. Udało mi się wprowadzić ją na wypłycenia. Wyłożyła się. Przełożyłem ją do następnej, trochę większej, kałuży i uwolniłem z haczyka. Tkwił w dolnej wardze i to na zewnątrz. To właśnie ułatwiało mi ruszenie je zza kamienia. Moja stara znajoma leżała w całej okazałości. Świadczyła o tym niezbicie ułamana płetwa ogonowa. Rybę przymierzyłem do kija. Wydała mi się znacznie większa. W domu okazało się, że miała chyba 89 cm. A może źle przymierzyłem. Przecież trudno o precyzję, gdy trzęsą się ręce i nogi.
Przed wypuszczeniem nie próbowałem jej pocałować. Do domu wróciłem blady i na ostatnich nogach. Żona krótko skomentowała – „Czy ty się dobrze czujesz? Te ryby trzeba
-23-
ograniczyć! Ty się wykończysz!”. Wcale nie uchroniło mnie to przed mokrą i krwawą robotą, czyli skrobaniem.
Wydawało mi się, że to epilog.
Sąsiadka Bogusia przyniosła hiobową wieść, że gość z rogu przy wjeździe na wał złowił „bardzo dużą rybę, zdaje się, że brzanę”. Zrobiło mi się gorąco. Ciśnienie na pewno upomniało się o kardiologa. Cymbał, ..., ..., ..., cham, morderca! Zamordować taką piękną rybę, takie wspaniałe zwierzę! Gdy usłyszałem, że ryba była niesmaczna, bo stara, miałem już dosyć. Przez kilka miesięcy byłem przekonany, że jest po wszystkim. Ale gdy zobaczyłem wypreparowaną płetwę ogonową, którą chwali się ów „łowca”, odżyłem. To nie była Ona! Ta płetwa jest dużo mniejsza i bez charakterystycznego złamania. Gdy przeczytałem na desce, że jego brzana miała 79 cm, wrócił mi dobry humor. Dlatego nie wskażę rzeki, nie podam nazwy miejscowości, w której mieszkam latem i nie podpiszę swoim nazwiskiem tego tekstu. Prawdziwi wędkarze i miłośnicy ryb na pewno to zrozumieją. Takie wskazanie palcem byłoby wyrokiem na tę rybę, na wodę i na pół okolicy. Hordy sprawnych „łapaczy” zrobiłyby swoje.