Finow, Georg Moskwa
Finow, Georg Moskwa
Niby cztery dni wolnego, ale czy uda się wypad? E-mail Michała budzi otuchę: „możliwa jest u mnie tylko niedziela. Kiedy cię odebrać na dworcu?”. Śpię źle, prawie jak nastolatek przed randką. Rzeczka Finow to coś „extra” wśród podberlińskich ciurków. O godz. 6.30 rankiem jestem na przystanku. Autobus wypada; dlaczego właśnie dzisiaj? Jestem wściekły i biorę następny, za godzinę. Przesiadka w futurystycznym, nowym Berlinie Głównym i wnet jestem na prowincji. Jeszcze kilka kilometrów terenówką Michała i tylko szum autostrady Berlin-Szczecin w oddali jest połączeniem z cywilizacją. Finow to bagniste łęgi olchowe i bukowe grądy. Rzeczka płytka, wąska i widna, brzegi grząskie. Kompletne bezludzie, dawny ruski poligon. Jedynie nasza rzeczka, nienaruszona socjalistyczną melioracją w NRD. Łowienie w niej to finezja; leciutki spinning pod prąd z Mepsikiem, a gdzie się da - króciutka muchówka. Brodzenie zabronione i nie wskazane, bagna. Nigdy nie jadę tam sam.
Łowimy z przeciwnych brzegów (jak inaczej?) w górę rzeczki. Już po kilku metrach wybieram pierwszego potokowca, 35 cm. Są tu ładne; drobnicy prawie nie ma. Dobrze się zaczyna. Woda niska, pstrągi trzymają się nielicznych rynien i wykrotów drzew. Łowienie po indiańsku. Przez polaroidy już z daleka rejestruję każde możliwe stanowisko. Przy rzucie ważny jest centymetr, więc 100%-towe skupienie. Namierzam je po kolei, liczne brania, spięcia (!) i zaczepy. Potokowce są i to duże. Już wnet jestem sam. Michał nie przepuści namierzonej rybie. Kompletna głusza, żadnego odgłosu cywilizacji. Prawie jak na Słupi w Machowinie. Łania niechętnie podnosi się z paprotnika. Wiem, że ma tam jelonka; obchodzę subtelnie stanowisko. Nad głową klangor grupy żurawi. Barwny zimorodek łowi jednego z nielicznych jelców. Pojedyncze żółte i płowe jętki oraz chruściki. Całkowita sielanka.
Wychodzę na śródleśną polanę. Pod trzcinami głośne wyjście pstrąga, podkradam się. Dorodny potokowiec próbuje upolować błękitne ważki świtezianki (Calopteryx virgo). Wysoko skacze i chybia haniebnie, coraz bardziej „wk...ny”. Zabawna obserwacja z
-23-
dystansu, zaledwie kilku metrów. Po drugim chybieniu podrzucam mu paskowanego Mepsika „Black Fury”. Bierze go ochoczo, stwierdza falsyfikat i po kilku zrywach spina się. Tak mnie karze. Nieco poniżej inny pstrąg, też próbuje szczęścia. Bez wyniku. Ważki są zbyt cwane.
Piknik na początku matecznika, wracamy lasem do samochodu. Rzut okiem na zegarek, jeszcze godzinka jest możliwa. Decydujemy się na dolny odcinek. Michał zaczyna poniżej, a ja powyżej mostku. Wąska gardziel wśród olch to ryzykowny rzut w górę rzeczki. W poderwany Meppsik wali ładny potokowiec raz, drugi trzeci i ... wisi! Mimo delikatnego sprzętu holuję go bez ceregieli i wyjmuję wyślizgiem. Miarka pokazuje 45 cm. Mocarna samica w świetnej kondycji. Żal mi jej na patelnię. Nawet nie robię zdjęcia i puszczam ją wolno. Od kilku lat nie biorę potokowców i lipieni. Choć tej faktycznie nieco żal. Ale tak mam większą satysfakcję. Kończymy łowienie. Podsumowanie dnia: Michał ma 5 zaliczonych potokowców do 43 cm, ja dwa z ciut większą samicą. Bez pięciu spięć byłoby inaczej. Jeszcze nigdy nie wygrałem z Michałem na „jego rzeczce”; to nie hańba.
Na kilka godzin łowienia to dobry bilans. Na dworcu wynik oblewamy chłodnym piwem.