• 1
  • 2
  • 3

Drewniane ryby

- Halo, cześć Andrzej - jaka woda na Sanie?... Lipień gryzie?... Złowił ktoś coś większego? –Mhm, jutro będę.

Taka rozmowa zwykle poprzedza moje wyprawy nad San. Później kilka godzin jazdy samochodem i w Hoczwi, za mostem, skręcam w szutrową drogę. Chyba wszyscy muszkarze – bywalcy Sanu - znają ten wyboisty dukt prowadzący do tak zwanej Końcówki Płani w Bachlawie. Andrzej Woźny mówi o niej - to moja płań. Faktycznie tam najczęściej łowi i tam wyciągnął swoje największe kardynały. Ale przyznaje, że płań jest niewdzięczna - niejednego nauczyła pokory.

rzezba01 01
-To jego miejsce - potwierdza wielu muszkarzy z Krakowa, bo Andrzej od lat utrzymuje z nimi bliskie kontakty, gości ich, opowiada, co dzieje się nad wodą... Tu w Hoczwi urodził się i nad Sanem spędził większość swojego życia. Jak podkreśla jest jedynym wędkarzem w swojej wsi z kartą wędkarską.

Będąc kiedyś u Andrzeja pomyślałem - zaraz - w Art of Angling - najbardziej ekskluzywnym periodyku wędkarskim dla snobów i milionerów, co raz opisywany jest, a to malarz, a to snycerz, czy kaletnik, którego twórczość korzysta z wędkarskiej tematyki, zaś ja właśnie piję piwo z rzeźbiarzem parającym się dokładnie tym samym w Polsce. Gdyby ten człowiek mieszkał na Alasce, jego zdjęcie na pewno oglądałbym podczas lektury Art of Angling.

rzezba01 02
Prace Andrzeja nie są tak cukierkowate jak amerykańskie - rybom nie dokleja syntetycznych oczu ani łusek, nie maluje. Całość rzeźby wykonana jest z jednego kawałka bieszczadzkiej lipy - tradycyjnie za pomocą dłuta i podbijaka. Wypolerowaną rybę pokrywa wosk pszczeli rozpuszczony w terpentynie. Każde dzieło jest niesamowicie dopieszczone i wygładzone. Płetwy, nożyczki, łuski wszystko idealnie wyciągnięte dłutem, a pod satynową powierzchnią wosku naturalne drewno.

rzezba01 03
Cały smaczek polega na obserwowaniu procesu twórczego. Siedzimy sobie w kuchni, jemy kolację, odpoczywamy po łowieniu, popijamy piwo a Andrzej rzeźbi. Gadamy o rybach, o kobietach - dłuto ścina kolejny wiór. Powoli z chropawej deski wyłania się kształt ryby. Niekiedy wpadnie energiczny starszy pan - „dziadek” - ojciec Andrzeja. Można posłuchać wtedy frontowych wspomnień, opowieści o Sanie sprzed 50 lat, czy dokładnej instrukcji wybierania miodu. Jest swojsko, całe życie toczy się w kuchni. Unosi się zapach surowego drewna i terpentyny. Także, wykonany niegdyś przez dziadka, stolarski stół, przy którym Andrzej dłubie, dodaje kolorytu kuchni artysty. Być może również jego własna pozytywna energia tak dobrze działa na tę kuchenną atmosferę. Andrzej, bowiem, jak przystało na bieszczadzkiego oryginała, jest uzdrowicielem, szuka wody różdżką i od lat rękoma leczy ludzi.

rzezba01 04
Większość prac, które można u niego zobaczyć, to płaskorzeźby. Wszystko zaczyna się od wyboru odpowiedniej deski. Najlepsza jest lipowa, choć olcha też może być. Koniecznie bez większych sęków. Po wycięciu wstępnego kształtu piłą taśmową, Andrzej wrysowuje kontury płaskorzeźby na powierzchni deski. Szablony są skopiowane ze wszystkimi szczegółami anatomicznymi. Oczywiście jako pierwowzory służyły mu pstrągi i lipienie, które łowił w Sanie. Później wstępna obróbka - mocne uderzenia drewnianego młotka w dłuto – wybranie krawędzi ryby, zaznaczenie jej kształtu. Im bliżej końca tym ruchy dłuta delikatnieją. Z czasem słychać już tylko ciche skrobanie, jak przy porannym goleniu. Pozostaje mu jeszcze wygładzenie wszelkich nierówności papierem ściernym. Na koniec naciera rzeźbę woskiem i poleruje flanelką. Dzień, dwa i ryba gotowa.

 rzezba01 05
Dłuta do pracy kompletował od dziecka. Zimą, kiedy pali pod kotłem, obok urządza sobie kuźnię. Sam wykuwa dłuta z kawałków stali wyżarzonych na węglu. Potem godzinami dopieszcza kształt szlifierką, by na koniec wypolerować je jak mówi – „na brzytew”. Trzeba już tylko osadzić je w wielokątnych trzonkach z jesionowego drewna. Jedno z ciekawszych dłut wykonał podczas którejś z bieszczadzkich zim z zębów starej kopaczki - jest idealne.

rzezba01 06
Andrzej jest absolwentem słynnego zakopiańskiego liceum plastycznego im. Antoniego Kenara. Pracował później jako nauczyciel rzeźby w szkole, w której tradycyjnymi metodami odtwarzano wiekowe meble, wspominane przez niego jako „Ludwiki”. Zaczął rzeźbić będąc jeszcze dzieckiem, w kole plastycznym w Hoczwi. Prowadził go słynny bieszczadzki rzeźbiarz i malarz ikon Zdzisław Pękalski. To on odkrył u Andrzeja iskrę bożą i dzięki niemu jest nad Sanem „nasz” człowiek, który rzeźbi ryby. Oczywiście pojawiają się w twórczości Andrzeja i inne wędkarskie motywy, jak choćby różnej maści i wielkości czaple. Poza tym spod jego dłut wychodzą również dziady, anioły, kobiece akty, diabły czy mnisi.

rzezba01 07
Prace Andrzeja regularnie pojawiają się na wystawach plastycznych. Rok rocznie można oglądać je w Synagodze - Galerii w Lesku, gdzie ekspozycje urządza Bieszczadzka Grupa Twórców, do której należy on od 25 lat.

Jedna z pierwszych jego rybich płaskorzeźb powstała na pokrywie kasetki, „wybranej” z jednego kawałka drewna. Przeznaczona ona była na podarunek od firmy Test Fly – Adama Sikory i Krzysztofa Sasuły dla ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy.

rzezba01 08
Dzisiaj płaskorzeźby pstrągów oraz lipieni zdobią ściany domów wędkarzy we Francji, Włoszech, Niemczech, Austrii, USA... Zadziwiające, że zagraniczni muszkarze praktycznie zawsze interesują się twórczością Andrzeja. Pewnie przyzwyczajeni są do tego, że wędkarstwo w ich kraju ma znacznie szersze horyzonty niż tylko samo łowienie.
Przeglądając zagraniczną prasę tematyczną niejednokrotnie myślałem, jak bardzo polskie muszkarstwo jest ubogie. Kilka klubów, kilka książek, kłótnie działaczy przeplatające się z narzekaniami na wciąż gasnącą populację rodzimych pstrągów... Wszyscy to znamy. Zapominamy, że wędkarstwo, zwłaszcza muchowe, to nie tylko wyjmowanie kolejnych ryb. W III Rzeczypospolitej niestety zbyt często nadal pokutuje model wędkarza, który musi wyłowić wszystko, co się da w wykupionym czasie. Skoro licencja obejmuje cały dzień, to od świtu do zmierzchu trzeba katować wodę. Tymczasem wyprawa na ryby może dostarczyć także mnóstwa innych fantastycznych przeżyć – daje możliwość poznania nowych ludzi, odkrycia wspaniałych krajobrazów, posłuchania nieprawdopodobnych historii czy odkrywania miejscowych tradycji i folkloru. Ja właśnie u Andrzeja w Hoczwi odnajduje te dodatkowe aspekty muszkarstwa. I to jest jeden z powodów, dla których będę tam wracał.

o mnie
Urodzony w Krakowie, podróżnik, fotografik, człowiek słowa pisanego, wnikliwy obserwator mechanizmów społecznych. Z aparatem i plecakiem odwiedził m.in. Indie, Nepal, Sri Lankę, Egipt, Indonezję, Maroko, Tunezję, Turcję, Izrael, Peru, Ukrainę i wiele państw europejskich. W kręgu jego zainteresowań leżą zjawiska kulturowo-religijne oraz piękno otaczającego świata, ale we wszystkich zakątkach globu badał i poznawał obyczaje wędkarskie.     Najwcześniejsze przebłyski pamięci z dzieciństwa ma związane z wędkowaniem. Prawdopodobnie, wcześniej zaczął łowić, niż mówić. W muszkarstwo wprowadzali go Adam Sikora i nieodżałowani Krzysztof Sasuła oraz Piotrek Klimowski. Pierwsze imadło wykonał z drewnianego trzonka od dziecięcych grabek, kolejne, już fachowe wykonał mu ojciec. W wieku 15 lat zaczął wiązać muszki zawodowo i zajmował się tym aż do końca studiów. Wielki miłośnik „kręcenia”, projektant narzędzi, autor wielce ciekawych, muchowych patentów i artykułów wędkarskich. Najczęściej łowi tradycyjnymi metodami muchowymi i te najwyżej sobie ceni, choć gdy jest okazja, sięga po inne taktyki, bo: Quidquid discis, tibi discis
Inne artykuły autora

Nasi partnerzy