Łosoś podkarpacia. Głowacica
W Wiadomościach Wędkarskich znalazłem artykuł o Głowacicy. Tekst Pana tadeusza Borowicza z roku 1975.
Zdjęcie tekstu za zgodą redakcji WW.



W Wiadomościach Wędkarskich znalazłem artykuł o Głowacicy. Tekst Pana tadeusza Borowicza z roku 1975.
Zdjęcie tekstu za zgodą redakcji WW.



FENIKS
Krople deszczu błyszczą w szybach. Mokną pod latarnią. Skołowane marudzą w rynnie. Gubią się i plączą w mroku kałuży... a już jutro, pojutrze nabrzmieją w pąkach i być może wyrosną pierwszym zielonym listkiem.
Wbrew mottu, chyba trzeba będzie zawiesić rozważania, kim jako wędkarze byliśmy i jak postępowaliśmy, ponieważ tego rodzaju dyskusja nie staje się popularna. Myślę, że wielu wędkarzy już podniosło sobie poprzeczkę a przypominanie im, jak onegdaj zachowywali się ludzie z ich otoczenia lub nawet oni sami, wywołuje często odruch obrazy. To podobnie jak z księdzem, który z ambony gromił parafian, że są pijakami, lubieżnikami, złodziejami, etc. i za długo nie pobył na probostwie. Tyle przydługiego wstępu.
Moje drogowskazy
Od dobrych już kilku lat zwracają się do mnie koledzy-wędkarze z pytaniami, jak zacząć swoje przygody z wędkarstwem muchowym, a to jaki sprzęt, a przede wszystkim – jakie muszki. I co ciekawe – są to koledzy w różnym wieku, dla których głównym motywem ich zainteresowania okazywała się chęć doznania ciekawszych od spławika lub spinningu doznań muszkarskich.
Proponuję zmierzenie się z brzaną. To męska sprawa. Czysta adrenalin. Brzana to czołg, taran ale i spryt i płochliwość. Najbardziej pospolitym miejscem pobytu są głazowiska i rumowiska żwirowych wlotów. Bardzo często żerują na końcówkach płani, ale są tam o wiele trudniejsze do złowienia. Najlepiej czują się w grubej, szybkiej wodzie, władczo podporządkowując sobie najlepsze kawałki nurtu rzeki. Brzana pola ustępuje tylko żerującej głowacicy. Miałem możliwość obserwacji żerującego stada pod wodą. Było to absolutnie fascynujące.
Pierwszy listopad
W życiu każdego z nas niektóre dni są ważne, czasem nie dostrzegamy ich wagi, dopiero pryzmat czasu, przeżyć weryfikuje je i szufladkuje w naszej pamięci. Taki też i był tamten dzień.
Listopad. W drodze na łowisko jego milczenie podszyte cierpieniem nie budziło nadziei. Nawet ten dzień był cały jakiś taki milczący. Słońce ciężko, w długich cieniach zmęczone krążyło nad koronami drzew obdartych z liści.
Rzeka dzieciństwa
Z moją rzeką dzieciństwa, los przerwał pępowinę dawno temu. Rozdzielił nas okolicznościami codzienności. Wiele razy obiecywałem sobie tam powrócić. Wiedziałem, że też swoje od życia dostała, trochę sponiewierały ją minione lata. Ktoś powiedział, że życie jest brutalne. Ona też walczyła, ale czy z człowiekiem mogła wygrać?
Petr…. Dziękuję przyjacielu
Dzień. Jeden z wielu. Gdzieś nad zagubionym potokiem w Jesennikach. Dzień zapowiadał się podle. Nie do wiary jak długo budzi się późnojesienny dzień. Mgła gęsta i lepka osiadająca ciężkimi kroplami na ubraniach, muchówce. Ziąb absolutny, przenikający do każdej cząstki ciała.
Okruchy listopada
Niewielu znam ludzi, którzy tak naprawdę lubią późną jesień. Przyznacie, ze niemożliwie długo wstaje listopadowy poranek, pełny kleistej wilgoci, odkładającej się przenikliwym chłodem po każdej cząstce ciała. Zdarzają się jeszcze dni pełne złota i kolorowych liści, najczęściej jednak jest gorzej, to ta szarość deszczowych, mglistych przestrzeni nastraja nas refleksyjnie. To miesiąc pamięci o tych, którzy już odeszli i tylko intensywność barw kwitnącej chryzantemy jest niczym wyzwanie rzucone wyblakłemu słońcu, na przekór, z wiarą i nadzieją.
Królowa
Dolina Popradu. Ponuro. Koło zera. Zadymka przetkana mżawką. Podczas takich łowów dobry jest kumpel, przyjaciel. Masz świadomość, że sam nie marzniesz, nie sam złorzeczysz, przegrywasz. On także urywa łowne muchy, jemu też nic nie uderzyło od paru godzin. Oboje skoncentrowani aż po zziębnięte opuszki palców orzemy nurt. Ołowiany szum rzeki. Znamy tu każdy kamień, każdy wlew i zwężenie nurtu. Woda trącona, podwyższona na tyle, że z płycizn wymiotło już ostatnie liści jesieni. Otoczaki oślizgłe od mokrego śniegu. Anemiczne słońce już prawie dotyka gór, zza grubej buro sinej pokrywy chmur. Góry toną. Toną w niebie. Jakby cały świat chciał stłamsić resztki nadziei kołatającej się w sercu ale czas dobry, najlepszy, drobnica wygoniona nadchodzącą zimą spływa do głębokich miejsc na zimowisko. Ona wie… czatuje … patrzy. Pierwsza godzina. Natłok nadziei. Przygnębienie wkrada się przy dwudziestym przerzucie linki. Desperacja przy setnym… a przy tysięcznym?'